Byłam już całkowicie skołowana. Nie do końca pojmowałam sensu słów Jaydena. Przecież Connor jasno mi powiedział, że ich bójka sprzed miesiąca, była owocem umniejszających Alyssie słów wypowiedzianych przez rudowłosego.
Spojrzałam zdezorientowana na jego również zszokowaną twarz. Dlaczego tak dziwiły go moje słowa?
— Ciebie to dopadła jakaś amnezja przez te prochy? — zapytałam plugawym głosem, a ten jedynie uniósł brew do góry i z mojej twarzy, wzrokiem przeszedł na sylwetkę Cheney'a.
Czarnowłosy obdarował go dość niezidentyfikowanym wzrokiem. Od jakiegoś czasu ten moment należał do tych, w których zaczynałam kwestionować moją zdolność odczytywania jego emocji. Porównywalne było to do syzyfowej pracy. Każdorazowo, najpierw miałam wrażenie, że coraz łatwiej przychodziło mi znajdywanie na jego twarzy tego co starał się ukryć. A następnie znowu nawiedzał mnie ten sam przeklęty, pusty wzrok. I właśnie przez to nie potrafiłam być pewna tego czy faktycznie umiałam przedostać się przez maskę, którą codziennie zakładał.
— Nie wiem w co gracie, ale Alyssa jest dla mnie jak młodsza siostra. Nie jestem, aż takim sukinsynem, żeby wrzucać na osobę, której tak wiele zawdzięczam — odpowiedział, zakładając swoje umięśnione ręce na klatce piersiowej. Lustrował Connora wyplutym wzrokiem, a ten nie zmieniając wyrazu twarzy, dalej gapił się na jego porcelanową twarz.
— Jeżeli zapomniałeś to pozwól, że ci przypomnę — wyrwałam się, tracąc już powoli cierpliwość do kłamstw Jaydena. — Ponad miesiąc temu, Connor prawie zatłukł cię na śmierć. Z tego co mi mówił, powodów tej bójki było sporo. Ale ten, który ją zapoczątkował, narodził się z twoich obelg dotyczących Alyssy — wytłumaczyłam mu, patrząc na niego obrzydzonym wzrokiem. — Stanął w obronie nie tylko dziewczyny swojego przyjaciela, ale i...
— Czekaj. Tak ci powiedział? — przerwał mi po chwilowej analizie moich slow. Ściągnęłam niezrozumiale brwi i pokiwałam twierdząco głową. — To ma sens. Przecież nie było cię przy naszej wymianie zdań. Przyszłaś dopiero podczas bójki co jak widać, wykorzystał na swoją korzyść.
— O czym ty mówisz? — zapytałam, będąc coraz bardziej zdezorientowana.
— Widzisz, Barkley. Powodem naszej bójki nie była Alyssa — zaczął i podszedł bliżej mnie. Uniósł kpiąco kącik ust do góry i przeczesał swoje nieułożone włosy. Wtopił swoje zielone tęczówki w moje oczy, skanując ich każdy milimetr, tak jakby chciał wniknąć w ich wnętrze. — Twój rycerz cię okłamał.
Uśmiechnął się i przekręcił głowę w stronę Connora, który patrzył beznamiętnie na plecy Irlandczyka. Opalone ręce trzymał wciśnięte w przednie kieszenie jeansów, a wypalony wzrok wałęsał się po sylwetce Jaydena.
Nic nie mówił. Po prostu stał i gapił się na poczynania swojego byłego kumpla. Chciałabym stwierdzić jakie ma zdanie na temat słów O'hary, ale nie mogłam. Bo to był ten wyraz twarzy, który nie dawał innym nic. Wyglądał jak zamrożony. Zewnętrznie i wewnętrznie.
— Dlaczego miałabym ci wierzyć? — zapytałam, krzyżując ramiona na piersiach. Uniosłam brodę do góry, odchylając głowę lekko w bok i poderwałam brew ku niebu.
Czemu miałabym wierzyć osobie, która była zależna od Jasona? Stahl nie należał do osób godnych zaufania, co sprawiało, że jego ludzie również tacy nie byli. Nie miałam pojęcia jak wygladała ich relacja teraz. Ale wiem co słyszałam i widziałam ostatniego razu, kiedy widziałam ich razem.
— Nie nalegam, żebyś mi uwierzyła. Ba. Nawet się tego po tobie nie spodziewam — wytłumaczył poprawiając rękaw swojej bluzy. — Sama zdecydujesz czy mówię prawdę. Możesz mi nie ufać. Ale wiem, że w jakimś stopniu naruszyłem twoją stuprocentową pewność co do powodu naszej burdy.
CZYTASZ
Imperfection
RomansaNigdy nie chciałam, żebyś był perfekcyjny. Perfekcja była nudą. Nie stanowiła dla mnie żadnego wyzwania. A ty byłeś moim najciekawszym, a zarazem najcięższym wyzwaniem. To co było w tobie perfekcyjne, to twoja niedoskonałość. I jeżeli byłoby trzeba...
