Rozdział 30 Spadam na dno

19 4 0
                                        

Maximus Timor Qui Maximam Potestatem Facit - Największy strach daje największą władzę

Wjechaliśmy. Była to pewnie najgorsza decyzja w moim życiu, ale zrobione, już nie cofnę. Choć z tym, czy to najgorsza decyzja w moim życiu, mogłam debatować. Wiele takich podjęłam. Wciąż się zastanawiałam, czy dobrze było zaufać Cassianowi. Bardziej się skłaniałam ku odpowiedzi: tak. Jednak wszystko związane z tym mężczyzną nie było łatwe. Był taki inny, a moje uczucia do niego jednocześnie mnie przerażały i cieszyły. Bo kiedy zaczęłam coś do niego czuć? Tego nie wiedziałam. Jednak odkąd go zobaczyłam, zawsze przykuwał moją uwagę, przyciągał jak magnes. Po mimo tego, to wciąż było tylko zwykłe zauroczenie, reagowałam jak dziewczyna, którą pierwszy raz w życiu ktoś się zainteresował. Przejdzie mi.

– Spokojnie – powiedział mi do ucha.

– Jedziemy na pewną śmierć – odparłam.

Dziś nad ranem powiedzieliśmy reszcie, co może ich czekać, nikt nie był szczęśliwy. Liczyłam jednak, że jakoś to przeżyjemy. Przecież doświadczenie najgorszego koszmaru nie może być takie złe. Kogo ja oszukuję! To będzie okropne.

– Tu w ogóle coś lub ktoś żyje? – zapytałam.

– Nie. Patrz na drogę, ja muszę coś wyjąć z torby.

– Mhm – potwierdziłam.

Spojrzałam przed siebie i nie zobaczyłam nikogo. Tylko mgłę. Gdzie oni są? Zmarszczyłam brwi, nic nie rozumiejąc. Mój mózg działał z wyjątkowym opóźnieniem. Rozejrzałam się dookoła, ale nikogo nie było. Cholera! Jakim cudem zniknęli? Może to w tej mgle? Pewnie jechaliśmy za wolno!

– Cassian, nie ma ich – szepnęłam, a mój głos zadrżał.

– Co?! – natychmiast się obrócił i rozejrzał w poszukiwaniu przyjaciół. – Miałaś patrzeć i jechać za resztą.

– Patrzyłam, ale zniknęli – wyjaśniłam, a zdenerwowanie rosło we mnie coraz bardziej.

– Jak mogli zniknąć?! – huknął z pretensją w głosie.

– Przez tę przeklętą mgłę nic nie widać. Może są gdzieś obok. – Panicznie się rozglądałam dookoła w poszukiwaniu dwóch koni i jeźdźców.

Przerażenie narastało. Cassian nagle zeskoczył z konia i zaczął się rozglądać. Nie wiedząc, co począć, zrobiłam to samo i lekko się skrzywiłam, kiedy moje nogi dotknęły ziemi, prawie się pode mną uginając. Ból zaczął promieniować z mojej kostki. Cholerna kostka.

– Poprosiłem cię o jedną nietrudną do wykonania rzecz, a ty to zniszczyłaś. Co było w tym trudnego?! – było słychać w jego głosie irytację i nutkę złości. – Jakim cudem jesteś taka...

– Przestań mnie o to obwiniać – przerwałam mu. – Wiem, mój błąd, ale to przez mgłę!

– Zawsze musisz zwalić na kogoś winę. – Stałam w szoku, kiedy usłyszałam te słowa. – Zawsze ktoś jest poszkodowany przez ciebie.

– Co? – nie rozumiałam, czemu to mówi. Przecież... to nie była moja wina. Nagle zniknęli, powinnam bardziej uważać, jednak nie miał prawa obarczać mnie całą winą.

– Odkąd się znamy, ty wszystko niszczysz – warknął zły, a jego wzrok przeszywał mnie na wskroś. – Zawsze trzeba cię ratować, traktować jak małe dziecko, bo nic sama nie potrafisz zrobić. – Jego słowa trafiały w moje serce, jak małe sztylety raniące dogłębnie i boleśnie. – Nie dziwię się, czemu matka cię nie chce.

VeniOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz