Od zawsze mówiono, że po burzy wychodziło słońce. I choć oni sami zdawali się w to jedno zdanie nie wierzyć, to gdzieś w środku mieli nadzieję, że w ich przypadku również tak będzie. Że znów wszystko w ich życiu stanie się barwniejsze.
Musiało tak być. Innej opcji zdawali się nie brać po uwagę, nawet jeśli nie mieli zamiaru wypowiadać tego na głos. W końcu życzenia, których nie zatrzymywało się tylko dla siebie, zwykle się nie spełniały. A oni nie mieli żadnej dodatkowej spadającej gwiazdy, aby mogli znów życzyć sobie czegoś od nowa.
Pomimo tak wielu wyznań, które padły między nimi tej jednej nocy, wciąż wiele w nich siedziało. Bo wiedzieli, że codzienne, prawdziwe życie w końcu do nich wpadnie, upominając się o swoje. Że będą musieli wrócić i znów zająć się pracą, walcząc o prawdę w sądzie. Walcząc z ludźmi, dla których ich dwójka była niczym więcej jak tylko zbędnymi robakami. Których mogli zdeptać bez mrugnięcia okiem.
Jednak próbowali o tym nie myśleć, skupiając się na sobie i na tym, aby wszystko wróciło do normalności, za którą tak tęsknili i tak potrzebowali. Przynajmniej na chwilę, choć na krótką chwilę chcieli poczuć się normalnie.
I to właśnie dlatego obudzili się o szóstej, jak robili to niemal zawsze, gdy byli razem. Kiedy to najpierw telefon Harry'ego zaczął nieznośnie dźwięczeć i wibrować, a zaraz później ten należący do Louisa. Na ich nieszczęście tym razem ich urządzenia wcale nie były przy szafce nocnej, co wiązało się z tym, że musieli jednak wstać, nie mogąc uratować się drzemką. Słyszał przekleństwa Louisa, któremu wcale nie było po drodze do podnoszenia się z wygodnego posłania, ale w końcu podniósł się i on.
Prawda jednak była taka, że i Harry'emu wcale nie śpieszyło się z rozpoczęciem dnia. Chętnie poleżałby jeszcze godzinkę czy dwie, ale wiedział, że musieli podnieść się i zacząć szykować. Nawet jeśli w ich kalendarzach nie wisiało nic pilnego, to byli świadomi tego, że takie rzeczy bardzo szybko mogły ulec zmianie. Musieli być gotowi na każda ewentualność, tym bardziej w swoim zawodzie.
Na początku wydawało się, że poruszali się nieco niezgrabnie, przyzwyczajeni już do życia w samotności, gdzie mieli pełno miejsca wyłącznie dla siebie. Wpadli na siebie raz czy dwa, jednak nie komentowali tego w żaden sposób, będąc świadomymi tego, że nadal potrzebowali sporo czasu, niezależnie od tego, jak bardzo chcieli wierzyć, że wszystko zmieni się za pomocą pstryknięcia palcami.
Mieli wypić razem poranną kawę, którą robił dla nich Harry. Oczywiście cały czas pamiętając, ile cukru miał sypać do filiżanki swojego męża. Wydawało się to dla niego niemal automatyczne, kiedy pomyślał tylko o tym, że już miało być dobrze. Że miał przygotowywać już codziennie te same napoje albo ulubioną herbatę szatyna. Zrobił także lekkie śniadanie, ponieważ wiedział, że nie miał zamiaru wyjść z mieszkania wcześniej niż przed dziewiątą. Nie wiedział, czy Louis miał zamiar z nim jeść. Nie miał zamiaru go zmuszać, wiedząc, że może zapakować mu kilka kanapek, aby zjadł później w kancelarii.
W kuchni złapał go Louis. Był w samym ręczniku, z mokrymi włosami i szczoteczką w zębach. Harry zawsze uwielbiał ten widok, szczególnie gdy brali razem kąpiele, dając sobie wiele przyjemności i sprawiając, że na rachunku zawsze pojawiało się kilka funtów więcej. Teraz jednak nie mógł podejść i wpić się w te wąskie wargi i to nie tylko dlatego, że mężczyzna był w trakcie mycia zębów.
— Zostały tu jakieś moje ubrania? — zapytał, ale jego głos był nieco zniekształcony przez to, że miał w swojej buzi bambusową szczoteczkę, na którą namówił go sam Harry, który chciał żyć chociaż trochę bardziej ekologicznie.
Styles zaraz spojrzał na swojego męża. Wcale nie chciał się przyznawać, że tak. Że zostawił dla siebie kilka sztuk z szafy szatyna, aby móc je ubierać na siebie, kiedy czuł się samotny i kiedy liczył, że może Louis wrócił i uda im się wszystko naprawić. Inne rzeczy zaś zostały, kiedy gdzieś zwinięte w kulkę czekały w zakątku szafy, więc i ich również nie wyrzucił.
CZYTASZ
✓ | Taste of Evil
Fiksi PenggemarŻyciowa mądrość mówi, aby nie pracować w tym samym miejscu. I chyba było w tym coś prawdziwego, ponieważ Louis i Harry zajmowali się prawiem, lecz na sali sądowej mogli co najwyżej stanąć po dwóch przeciwnych stronach. Ten pierwszy nazywany był adw...
