Bucky obudził się następnego dnia trochę wbrew samemu sobie. Synowie Sary zaczęli bawić się w salonie, gdzie akurat spało małżeństwo. Mężczyzna otworzył nagle oczy, czując na sobie czyjś ciężar. Spojrzał na leżącą na nim Anastasię i uśmiechnął się pod nosem, kładąc dłoń na jej plecach. Zaraz odwrócił głowę w bok, na bawiących się chłopców. Jeden z nich trzymał tarczę Kapitana Ameryki, a drugi udawał, że go atakuje.
- Hej. - odezwał się wreszcie Bucky, by zwrócić tym uwagę dzieciaków. Ci natychmiast spojrzeli w jego stronę, nieco zdziwieni.
- Odłóż ją! - polecił starszy chłopiec, więc młodszy od razu odstawił tarczę na jej wcześniejsze miejsce. - Szybciej, szybciej!
Bucky uśmiechnął się szeroko, machając im na pożegnanie. Nie spodziewał się tamtej pobudki ani tego, że kiedykolwiek zechce mieć w ogóle dzieci. Trochę żałował, że nie mógł patrzeć, jak jego syn dorastał.
Anastasia niespodziewanie przekręciła się w bok, po czym spadła z hukiem na ziemię, ku zaskoczeniu zarówno swoim, jak i Bucky'ego. Kobieta jeknęła głośno, łapiąc się za obolałe miejsce, na co mężczyzna zaśmiał się pod nosem, wstając do siadu. Natychmiast pomógł jej wstać, po czym przyciągnął ją do siebie, sadzając na swoich udach. Ana oparła się o jego ramiona, patrząc na jego twarz, która znajdowała się tak blisko tej jej.
- Nie jesteśmy u siebie, Bucky. Hamuj się, tu są dzieci. - mruknęła, kiedy położył dłonie na jej biodrach, przyciągając ją jeszcze bliżej siebie. Podobało się jej to, ale zdawała sobie sprawę, że w każdej chwili ktoś mógł tam wejść.
- Poszli sobie. - powiedział zgodnie z prawdą, nachylając się w jej kierunku. Miał wielką ochotę się z nią wtedy całować, a najlepiej kochać, ale na to już pozwolić sobie nie mógł w tamtym miejscu.
- Ale w każdej chwili mogą tu przyjść.
Bucky nie przejmował się wtedy niczym i tylko złączył ich usta razem. Jego dłonie szybko znalazły się na jej pośladkach, a te jej znalazły się na jego głowie, bo wplotła palce w jego włosy. Całował ją namiętnie, tak jak kiedyś, z miłością, jaką ją darzył... Tamta chwila mogła trwać wiecznie, gdyby nie zabrakło im tchu.
- Myślisz czasami o Cooperze?
- Cały czas. - odparła Anastasia zgodnie z prawdą, przymykając oczy i opierając czoło o to jego. Posmutniała nieco ma samo wspomnienie swojego syna, którego nie zdążyła dobrze poznać. - Czemu o to pytasz?
- Chłopcy dali mi trochę przypomnieli o nim i tak jakoś... - westchnął Bucky, wzruszając ramionami. Zaraz pocałował ją w głowę, wracając do ich poprzedniej pozycji. - Żałuję, że nie mogliśmy go poznać.
- Ja żałuję cały czas, a bardziej... Żałowałam. - powiedziała An, wzdychając głośno. Odsunęła się od niego nieznacznie, kładąc dłonie na jego klatce piersiowej i usilnie nie patrząc na jego twarz. - Eddie obiecał się nim dobrze zająć, zaufałam mu. Z resztą, Steve też mi obiecał, że będzie do niego zaglądać.
- Nie chciałaś, żeby się nim zajął? - spytał, tak naprawdę nie wiedząc, dlaczego kobieta nie pozwoliła ich przyjacielowi zająć się ich synem. Nigdy o to nie pytał, ale wtedy w końcu miał okazję i zamierzał się czegoś dowiedzieć.
- Z początku. Ale zrezygnowałam, bo wiedziałam, że chciał założyć własną rodzinę, a nie opiekować się moim... Naszym synem. Kłócił się, że się nim zaopiekuje, ale skutecznie mu tego zabroniłam, więcej się nie odezwał w tej sprawie.
- Czyli wiedziałaś od początku, że chciał się cofnąć, tak? - ciągnął dalej, patrząc na nią z pewnym bólem. Anastasia spojrzała wreszcie w jego oczy, sama z jakimś bólem. Oboje cierpieli i to praktycznie z tego samego powodu.
- Dowiedziałam się kilka godzin przed tobą. On sam zaczął tą rozmowę.
Bucky nie pytał już więcej, widząc, że był to dość ciężki temat, z resztą, dowiedział się tego, czego chciał, dlatego postanowił jej dłużej nie wypytywać. Mimo wszystko, myśl o Steve'ie siedziała w głowach ich obojgu.
~*~
Po porannym wygonieniu Bucky'ego i Sama od prac przy kutrze, których już nie potrafili zrobić, obaj stwierdzili, że czas na lekki trening, do którego szybko dołączyła Anastasia. Obłożyli wszystkie drzewa na podwórku materacami, by ich nie zniszczyć, gdy Wilson rzucał tarczą, próbując ogarnąć, jak ta działa.
- Dziwne uczucie, znowu mieć ją w ręku. - oznajmił Sam, odwracając się do swoich przyjaciół. Zaraz jednak rzucił tarczą, która prędko do nich wróciła.
Ale to Bucky ją złapał.
- Z tą tarczą, to sprawa jest... - zaczął Sam ponownie, próbując jakoś ubrać to wszystko w słowa. - Skomplikowana, mówiąc łagodnie.
- Ta tarcza była ze mną, odkąd tylko Steve stał się Kapitanem Ameryką. Byłam wszędzie tam, gdzie on, a ona była razem z nami. W każdej możliwej sytuacji, chwili... - zaczęła Anastasia, skubiąc trawę, na której siedziała. Nie patrzyła na mężczyzn, ale za to oni spojrzeli na nią. - Uratowała mi wielokrotnie życie, ale teraz, gdy Steve'a nie ma... W dodatku sytuacja z Walkerem... - ciągnęła dalej, czując napływające do oczu łzy. Westchnęła ciężko, próbując się jakoś uspokoić. - Ja nic nie mówię, ale to wszystko rozwala mnie od środka już od dawna. Ciężko jest mi się pogodzić z całą tą sprawą, ale wiem, że Steve chciałby, żebym żyła normalnie i nie wracała do przeszłości. Ale ta tarcza, ta cholerna tarcza...
- Kiedy Steve zdradził mi swój plan, nie przewidzieliśmy, w jakiej cię to postawi sytuacji. - odezwał się Bucky, przypominając sobie rozmowę z przyjacielem kilka lat wcześniej. - Kto mógł wiedzieć? To nie było fair. - dodał, po czym podał Samowi tarczę, którą ten od niego odebrał. - Przepraszam.
- Dziękuję.
- Anastasia!
Cała trójka obejrzała się w stronę domu, gdzie stała akurat Briar, która również tam nocowała. Dziewczyna patrzyła w ich stronę, skupiając wzrok głównie na czarnowłosej.
- Zapomniałam wam powiedzieć. - zaczęła Ana, podnosząc się na równe nogi. - Briar wraca na jakiś czas do rodziny, a ja jadę razem z nią. Znaczy, wrócę na chwilę do domu, a później lecę do Londynu. Muszę załatwić pewną sytuację.
- Wrócisz tu?
- Zależy, czy wciąż tu będziesz, Barnes. - odparła zgodnie z prawdą, zerkając na swojego ukochanego z uśmiechem. - Dam wam znać, jak dolecę, ale teraz muszę się zwijać. Widzimy się niedługo, kochani!
Anastasia prędko odeszła, zostawiając ich samych. Żaden z nich nie wiedział, co takiego miała ogarnąć i trochę ich to martwiło.
~*~
Po krótkiej pogawędce i uświadomieniu sobie kilku spraw, obaj rozeszli się w swoje strony. Bucky prędko wystukał odpowiedni numer i przyłożył telefon do ucha, w nadziei, że osoba po drugiej stronie odbierze.
- Już się stęskniłeś? - zaśmiała się Anastasia, przykładając telefon do ucha. Zerknęła ukradkiem na Briar, jednak ta siedziała z nosem w swoim telefonie..
- Gdzie jesteście? - zapytał prosto z mostu, nie zamierzając owijać w bawełnę. Zależało mu, by jeszcze je dogonić, bo nie chciał wracać kolejnym samolotem.
- Przed chwilą wyjechałyśmy, a co się dzieje? Mogę jeszcze zawrócić. - powiedziała kobieta, gotowa stanąć wtedy na środku drogi bądź też zawrócić przy najbliższej okazji.
- Po prostu gdzieś stań, zaraz będę. Wrócę z tobą. - oznajmił, uśmiechając się pod nosem. Był świadomy tego, że kobieta zapewne była ucieszona, że nie wracała sama do ich domu.
- Będziemy na wyjeździe. Tylko się pośpiesz, Barnes. - nakazała Ana, zatrzymując się na światłach.
- Jasne, Blake-Barnes. - odparł od razu, dobrze wiedząc, że używała dwóch nazwisk. Pamiętał to i specjalnie używał, zdając sobie sprawę, że zazwyczaj poprawiała za to innych. - Kocham cię. - dodał już nieco ciszej, ale szczerze.
- Ja cię je też, głupku. Ruszaj się.
Bucky zaśmiał się pod nosem, przyspieszając kroku, by jeszcze dogonić Anastasię i Briar.
CZYTASZ
Obiecasz?
FanfictionTrzecia część przygód Anastasii i jej przyjaciół!!! Anastasia Blake, Sam Wilson i Bucky Barnes łączą siły, aby zwalczyć anarchistyczną grupę o nazwie Flag-Smashers. Ale co jeśli siostra Sama ma problemy finansowe? Co jeśli Bucky musi zmierzyć się...
