Rozdział 19

924 39 1
                                        

Laura po wizycie w domu Paula czuła się szczęśliwa. Jego mieszkanie opuściła z wielkim bananem na twarzy. Niby zwykła rozmowa, ale dla niej to aż zwykła rozmowa. Pierwszy raz od dłuższego czasu stwierdziła, że jest o co walczyć i po co. Nigdy nie sądziła, że taki dzień nadejdzie, a jednak. Uświadomiła sobie, że Paul to świetny chłopak, chciałaby by był tylko jej, ale ona nie może. Nie chce aby on cierpiał, dlatego stwierdziła, że musi trzymać wszystkich na dystans. Nie może dopuścić do czegoś większego. Chce, ale nie może.

Tymczasem dziewczyna szła do domu pani Mirandy. Niestety musi się z nią pożegnać, a szczególnie z dzieciakami. Przywiązała się do nich, ale najwyraźniej tak musiało być. Nic na to nie poradzi. Chociaż chciałaby, nie może. 

Otworzyła drzwi zapasowym kluczem, stwierdzając, że wszyscy domownicy już śpią. Nie chcąc ich budzić, szybko ściągnęła obuwie i kurtkę, a później udała się do swojego pokoju, gdzie wzięła długą, ciepłą kąpiel, a o dwudziestej trzeciej trzydzieści smacznie spała.

Następnego ranka, Laura obudzona przez promyki słońca wstała już o szóstej trzynaście. Nie mogłaby zasnąć z powrotem, dlatego szybko przebrała się w ciepłe ubrania, bo pogoda nie dopisywała. Padał deszcz, a drzewa uginały się pod wpływem silnego wiatru. Chociaż uwielbiała deszcz, to nie dzisiaj, kiedy musiała przejść spory kawałek do szpitala na kolejne badania.

Zeszła powoli po schodach do kuchni, w której zaczęła przygotowywać śniadanie dla wszystkich. Postanowiła zrobić klasykę, czyli jajecznicę i grzanki.

O wpół do ósmej zeszła pani Miranda, z którą dziewczyna się przywitała. Całą noc zastanawiała się jak to powiedzieć, szczególnie dziewczynce i chłopczykowi. W końcu doszła do wniosku, że najlepiej będzie powiedzieć im prawdę. Kto wie, jeśli wyjdzie z choroby może zacznie z powrotem opiekować się dziećmi?

- Pani Mirando—zaczęła niepewnie— mam bardzo ważną sprawę.

- Coś się dzieje Lauro?—zapytała zmartwiona kobieta.

- Nie, to znaczy tak—powiedziała dziewczyna— ja, ja... jestem chora i nie mogę już się opiekować dzieciakami. Oczywiście nie musi mi pani nic płacić. Robiłam to z czystej przyjemności.

- Lauro, nic się nie dzieje. Zapłacę ci—zapewniła Miranda— a jeśli mogę spytać, co ci dolega? Coś poważnego?

- Mam raka, dlatego bardzo przepraszam, że dzieciaki...

- Głupolu, nie przepraszaj —zaśmiała się i ją przytuliła— to przecież nie twoja wina. Kiedy zaczynasz leczenie?

- Dzisiaj. Dlatego mogłabym się pożegnać z nimi?— zapytała z nadzieją.

- Ależ naturalnie. Za chwile powinny wstać.

- O wilku mowa— zaśmiała się Laura, widząc zbiegające po schodach dzieci, ubrane jeszcze w piżamę. Dzieciaki wskoczyły na krzesła obok niani i patrzyły na nią, jakby wyczuwając, że ma im coś do przekazania.

- Rose, Tom muszę wam coś powiedzieć. Coś baaardzo ważnego— w jej oczach zaszkliły się łzy— nie mogę się już wami opiekować.

- Wiedziałem. Zawse wsystkie
odchodzicie. Mowilem Losi. —wykrzyczał chłopiec.

- Tom, uwierz chociaż bym chciała, nie mogę, porostu nie moge—jedna łza wypłynęła jej na policzek — ja jestem chora, bardzo.

- Laura— powiedziała Rose- a mogę cie odwiedzać?— zapytała.

- Oczywiście kruszynko, zawsze.

- A gdzie mieskas?

- Będę w szpitalu.—odpowiedziała

- A wlócisz do nas?—zadał pytanie chłopiec

- Jak wyzdrowieje to tak, ale teraz koniec. Chodźcie przytulas.

- Yupiii— krzyknęli i wskoczyli w ramiona dziewczyny.

Teraz może być gorzej- pomyślała dziewczyna- ale wyzdrowieje, dla nich. Muszę wyzdrowieć.

ALONEOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz