― To najbardziej narażona część naszej trasy, Dallas ― tłumaczy Jake, kiedy wraz ze swoim przyjacielem analizuje stworzoną naszymi wspólnymi siłami mapę zamkniętej strefy. ― Roi się tam od zjebanych pseudo-gangów. Nie lubią gliniarzy. Jeśli obydwoje wyjdziemy do ludzi w policyjnych mundurach, wtedy zdecydowanie skupimy na sobie zainteresowanie. Nikt wcześniej ciebie nie widział. Nie ze mną, w każdym razie. Będziesz kolejnym gliną do znienawidzenia.
Przysłuchuję się rozmowie z oddali, a konkretniej mówiąc, leżąc na łóżku Jake'a i wgapiając się w sufit. Pieprzone fluorescencyjne gwiazdki. Nadal tu są. Ciągle zakłócają moje poczucie estetyki, będąc tak chaotycznie porozrzucanymi na białym tle. Co gorsza, gdy próbuję wyobrazić sobie, że ich tu nie ma, dociera do mnie prosta rzecz.
Były tu przed kordonem. Są tu teraz.
I będą długo po.
Podnoszę się na łokciach, aby choć przez chwilę popatrzeć na chłopaków i to, z jaką pasją próbują nakreślić swoją najbliższą przyszłość. Dochodzę do wniosku, że mają zdecydowanie zbyt dużo wspólnych planów, które mnie nie uwzględniają. Ciągle mam wkurwa za cholerny Madryt. Nie wierzę, że ten blond gnojek zostawi mnie w Ameryce. Po prostu nie wierzę. Nawet mi o niczym nie wspomniał. Choć w sumie, podobna akcja była do przewidzenia. Dallasowi zdarza się wyskakiwać beze mnie do Nowego Jorku i informować o swoim wyjeździe w przeddzień bądź tego samego dnia wylotu, kiedy ojciec zmusza go do załatwienia w jego imieniu jakiejś biznesowej sprawy.
― Och. Będę niczym nowe zwierzątko w zoo ― mamrocze pod nosem Dallas. Blondyn podrzuca z nudów butelkę z wodą, która wykonuje jeden obrót, a po chwili znów ląduje w jego dłoni. ― Nie stresuj się, Jakie. Nie planuję bawić się w zbawcę narodów. A tym bardziej robić za żywy cel. Widziałem, co zadziało się podczas zrzutu żywności. Nie wyjdę stąd z wielkim APD na klacie. Mam swoje granice pojebania.
― Wskoczyłeś do kordonu ― spostrzega Jake. ― To przekroczenie jakiejkolwiek granicy.
― Przekroczyłem ją w słusznym celu ― uznaje Dallas, obijając rytmicznie górą butelki o dolną wargę. Rzuca mi znaczące spojrzenie, zanim opadam ponownie plecami na materac łóżka. Przechylam głowę, aby mimo wszystko nadal móc obserwować moich przyjaciół. Słyszę, jak wzdycha głośno, dodając:
― Więc się nie liczy.
― Świetnie. Będąc w cywilu, nikogo nie zainteresujesz ― wtrąca Katie, odnosząc się do jego wcześniejszego monologu. Kobieta przysiada na ziemi pomiędzy Jakem a Dallasem. Całą trójkę oddziela od siebie plansza. ― To znaczy, że będziesz ubezpieczać nasze tyły. Incognito. Nie mogliśmy znaleźć lepszej obstawy.
Uśmieję się. Co to było, kurwa?
― Jak zawsze. Żadna nowość ― uznaje smętnie Dallas. ― Twoje tyły będę ubezpieczać pierwszy raz, więc licz się z tym, że mogę na ciebie krzyczeć, jeśli zaczniesz narażać akcję na niepowodzenie.
Katie patrzy na niego dłuższą chwilę, odrobinę zaskoczona faktem, że gliniarz nie wykazuje szczególnie przyjacielskiego nastawienia. Jej radosny uśmiech rzednie powoli, ale, o dziwo, przechodzi na mnie. Zagryzam zębami dolną wargę, aby nikt nie dostrzegł, jak kąciki moich ust unoszą się w czymś na kształt tryumfalnego grymasu. Śmieszna sprawa. Bardzo możliwe, że nie uprzedziłam jej, aby najpierw pozwoliła Dallasowi przyzwyczaić się do swojej obecności, a dopiero później próbowała wskoczyć na szczebelek koleżeństwa. Jak to możliwe? Nie ostrzegłam jej? O kurde, no. Mój błąd.
Dlaczego właściwie ta rozmowa ma miejsce? Otóż, doktor Cannerts nie próżnuje. Skontaktował się ze swoimi możnymi, przedstawiając im całą sytuację z Thomasem. Miałam akurat chwilę wolnego, więc siedząc cichutko pod gabinetem, podsłuchałam sobie jego rozmowę z niejaką doktor Sabine Lommers, czyli tą samą Sabine, która zamknęła nas jak zwierzęta w zoo. Doktorek był tak podekscytowany swoim odkryciem, że, przysięgam, świergotał niemalże niczym słowik.
CZYTASZ
SCARS
Science Fiction❝MIELIŚMY JEDNO ZADANIE. ❞ To miał być dobry dzień. Jedna wiadomość wywróciła do góry nogami nie tylko życie Stelli, Jake'a i Dallasa, ale i czterech tysięcy niewinnych ludzi, którzy wylądowali w epicentrum szerzącej się epidemii. Kiedy młody Syryjc...
