2.

426 24 3
                                        

Diana pov's

Do domu wróciłam dobrze po dwudziestej drugiej, ale przynajmniej wszystko związane z pokazem było dopięte na ostatni guzik.
Gdy tylko zamknęłam za sobą drzwi mieszkania, od razu zrzuciłam z nóg szpilki. Jęknęłam cicho z ulgą, opierając się dłonią o ścianę w przedpokoju. Te buty były przepiękne — smukłe, eleganckie, idealnie wydłużały nogi — ale po całym dniu pracy miałam wrażenie, że ktoś wbijał mi igły w stopy przy każdym kroku. Piękno wymaga poświęceń. Niestety Szkoda tylko, że po tylu godzinach pracy bliżej było mi do potwora niż do pięknej kobiety.

Powoli przeszłam przez mieszkanie, zostawiając torebkę na komodzie. W salonie panował przyjemny półmrok rozświetlany jedynie ciepłym światłem lampki stojącej obok kanapy. Zmęczona opadłam na miękkie poduszki z głośnym jękiem, odchylając głowę do tyłu.

Zdjęłam klamrę z włosów, pozwalając długim ciemnym kosmykom opaść swobodnie na ramiona i poduszki.

— Mam dość... — mruknęłam sama do siebie, przymykając oczy. A najgorsze było to, że nadal miałam milion rzeczy do zrobienia.
Na samą myśl o mailach od Mercy zaczynała boleć mnie głowa.

Westchnęłam ciężko i zerknęłam na paczkę papierosów leżącą na stoliku przy telewizorze. Sięgnęłam po nią bez większego zastanowienia. Kilka chwil później stałam już na balkonie. Chłodne powietrze momentalnie otuliło moje ciało, ale po dusznym dniu w biurze było to wręcz przyjemne. Oparłam się biodrami o zimną barierkę i odpaliłam papierosa. Pomarańczowy żar rozbłysnął w ciemności, a ja zaciągnęłam się głęboko dymem, czując jak napięcie powoli schodzi z mojego karku.

Paryż nocą wyglądał nierealnie.

Światła odbijały się od mokrych ulic, witryny luksusowych sklepów nadal błyszczały, a gdzieś w oddali było słychać cichy gwar miasta, które chyba nigdy tak naprawdę nie zasypiało.
Kochałam to miejsce. Czasami nadal nie mogłam uwierzyć, że tu mieszkam.

Wyciągnęłam telefon z kieszeni swetra i przez chwilę tylko obracałam go w dłoni, patrząc na rozświetlony ekran. Dochodziła prawie jedenasta wieczorem. Finn pewnie już spał. Przygryzłam wnętrze policzka, wahając się jeszcze sekundę, ale ostatecznie kliknęłam jego kontakt.

Sygnał rozbrzmiał w moim uchu raz.

Drugi.

Trzeci.

Już miałam się rozłączyć, kiedy nagle usłyszałam cichy szelest po drugiej stronie i znajomy, zachrypnięty głos.

— Hej, Diana... — mruknął zaspanym tonem. W tle usłyszałam skrzypnięcie łóżka, jakby właśnie przewrócił się na drugi bok. — Coś się stało? – Momentalnie skrzywiłam się z poczuciem winy i odruchowo oparłam czoło o chłodną szybę balkonowych drzwi.

— Boże, przepraszam. Obudziłam cię, prawda? — spytałam ciszej, bawiąc się nerwowo końcówką rękawa. Po drugiej stronie rozległo się ciche ziewnięcie, a chwilę później jego niski śmiech.

— Tylko trochę — wymamrotał rozbawiony. — Ale skoro dzwonisz o tej godzinie, to zakładam, że wydarzyło się coś ważnego albo zamordowałaś swoją szefową. – Parsknęłam śmiechem pod nosem i zaciągnęłam się papierosem, wypuszczając dym gdzieś w nocne powietrze.

— Jeszcze nie miałam okazji jej zamordować — odparłam ironicznie, poprawiając włosy rozwiewane przez wiatr.

— Czyli nadal żyje? — westchnął teatralnie. — Szkoda.

— Finn — jęknęłam z rozbawieniem, przewracając oczami. Usłyszałam po drugiej stronie ciche poruszenie i mogłam sobie wyobrazić ten jego głupi uśmiech.

The missing piece [ W POPRAWKACH] Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz