5.

278 16 4
                                        

Diana pov's

Niedziela minęła spokojniej. Spędziłam dużo czasu z Finnem, mimo że nadal miałam ochotę zabić go po sobotnim wieczorze. On oczywiście udawał, że nic się nie stało. Śmiał się, opowiadał jakieś swoje absurdalne historie i co chwilę powtarzał, że „to był najlepszy dramat tygodnia", jakby moje zażenowanie było dla niego formą rozrywki. Ja tylko przewracałam oczami, ale w środku... było trochę lżej niż wcześniej.

Przynajmniej na chwilę.

Poniedziałek jednak przyszedł zdecydowanie za szybko.

Poranek zaczął się fatalnie. Obudziłam się z bólem głowy, suchym gardłem i świadomością, że za kilka godzin będę musiała spojrzeć Victorowi Lerlaine'owi prosto w twarz i zmierzenie się z marzeniami.

Leżałam przez chwilę nieruchomo, wpatrując się w sufit mieszkania i próbując wmówić sobie, że mogę jeszcze wszystko odwołać. Przecież nikt nie zmuszał mnie do pójścia do jego biura. Mogłam po prostu zostać w domu, zignorować całą sprawę i wrócić do normalnego życia przecież zaprzepaściłam swoje szanse w momencie kiedy zawartość kieliszka wylądowała na nim.

Tylko że problem polegał na tym, że ja nie chciałam wracać do „normalnego życia".

Westchnęłam ciężko i po rutynowej pielęgnacji, stałam przed lustrem i przez chwilę po prostu patrzyłam na swoje odbicie, jakbym próbowała znaleźć w nim jakąś odpowiedź. Czułam napięcie w brzuchu, lekkie ściśnięcie, które nie znikało od rana.

Czy ja byłam gotowa na rozmowę z Victorem?

Nie. W żadnym procencie.

A jednak szłam. Bo nie miałam lepszego planu.

Ubrałam czarną spódniczkę i beżowy golf. Materiał gładko przylegał do ciała, a ja odruchowo poprawiłam go dłońmi, jakby to mogło poprawić też mój stan wewnętrzny. Narzuciłam na siebie czarny płaszcz, cięższy niż zwykle, jakby miał mnie trochę „trzymać w ryzach".

Włosy upięłam klamrą — niedbale, ale wystarczająco, żeby nie przeszkadzały. Makijaż był lekki, prawie niewidoczny.

Zanim wyszłam, psiknęłam się perfumami.

Ten gest zawsze dawał mi złudne poczucie kontroli.

Złudne.

Wzięłam głęboki oddech i wyszłam z mieszkania.

Droga do biura była spokojna tylko z pozoru.

Paryż jak zwykle żył własnym życiem — ktoś się spieszył, ktoś się śmiał, ktoś kłócił przy przejściu dla pieszych. Ja szłam przez to wszystko trochę jak przez mgłę. Muzyka w słuchawkach była tylko tłem. Stres i tak przebijał się przez wszystko. Z każdym krokiem coraz bardziej. Paręnaście minut później stanęłam przed ogromnymi szklanymi drzwiami budynku.

Uniosłam wzrok spoglądając na wysoki budynek. Przełknęłam ślinę i weszłam do środka.

Stukot moich szpilek odbił się od pustej przestrzeni jak coś zbyt głośnego. Za głośnego jak na ciszę, która tam panowała. Recepcja. Kobieta.

Spojrzenie szybkie, chłodne, oceniające.

— Słucham? — zapytała bez emocji.

— Ja... mam spotkanie z panem Lerlaine — odpowiedziałam, starając się, żeby głos mi nie drżał.

Jej wzrok przesunął się po mnie od góry do dołu. Krótko. Automatycznie. Jakby już wiedziała, że jestem tylko kolejną osobą z listy.

— Nazwisko?

The missing piece [ W POPRAWKACH] Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz