13.

199 10 7
                                        

Diana pov's

– I gotowe! – pisnęła Melisa, odkładając ostatni element dekoracji na stół, aż metal cicho stuknął o blat.

Stałam chwilę w miejscu, patrząc na salę, jakby dopiero teraz do mnie dotarło, że to wszystko naprawdę się udało. Światła odbijały się od złotych i srebrnych detali, rozciągniętych wzdłuż sufitu jak stare girlandy z lat 90 — trochę przesadzone, trochę nostalgiczne, ale właśnie w tym tkwił cały urok. Plakaty w stylu retro, neonowe akcenty, winylowe płyty zawieszone przy ścianach i ciężkie, czerwone zasłony przy scenie.
Wyglądało to jak coś pomiędzy klubem sprzed lat a nowoczesnym eventem, który udaje, że ma duszę.

I miało.

– Udało nam się – powiedziałam ciszej, bardziej do siebie niż do nich. Przez sekundę nie czułam ulgi. Raczej coś w rodzaju pustki po biegu, który nagle się kończy. Dziewczyny od razu mnie objęły, jedna przez drugą, w swoim chaotycznym, ale ciepłym stylu. Ktoś ścisnął mnie za ramię, ktoś poprawił mi włosy, jakby to miało mnie „ustawić" z powrotem do rzeczywistości.

– Koniec roboty. Byle do jutra! – rzuciła Destiny, przeciągając się tak mocno, że aż zatrzeszczały jej stawy. Zaśmiałam się krótko, ale bardziej z przyzwyczajenia niż faktycznej radości.

Najbliższe prawie da tygosnie minęły mi w trybie „nie mam już siły myśleć". Lista rzeczy do zrobienia, poprawki, telefony, zmiany w ostatniej chwili. Każdy dzień wyglądał jak kopiuj–wklej stresu, tylko w innej kolejności.

I w tle cały czas to samo dziwne uczucie. Jakby coś wisiało w powietrzu, ale nikt nie chciał tego nazwać.

Nic się nie wydarzyło. I jednocześnie wszystko było trochę inne.

Nie umiałam tego wytłumaczyć nawet sobie.

– Macie już stylizacje? – spytała Melisa, opierając się o stół i patrząc na nas z lekkim rozbawieniem.

Spojrzałyśmy na siebie jednocześnie. Cisza. Ta sama odpowiedź w trzech głowach.

– Czyli zakupy – podsumowała spokojnie, jakby właśnie ogłosiła wyrok.

Westchnęłam ciężko, przecierając twarz dłonią.

– Nienawidzę was.

– Kochasz nas – poprawiła Destiny natychmiast, ze swoim pewnym uśmiechem.

***

Wróciłam do mieszkania późno. Cisza w środku była aż nienaturalna po całym tym hałasie ludzi, świateł i decyzji podejmowanych w biegu. Zamknęłam drzwi nogą i przez chwilę tylko stałam w miejscu, jakbym musiała „odłączyć się" od dnia.

Rzuciłam torbę na krzesło i od razu podeszłam do łóżka, gdzie czekała sukienka.

Granatowa.

Długa. Delikatnie błyszcząca, jakby ktoś zamknął w materiale drobinki światła. W stylu lat 90 — prosta forma, ale z charakterem, jak coś, co nosi się nie dlatego, że trzeba, tylko dlatego, że się chce. Przesunęłam palcami po materiale i przez chwilę po prostu stałam. Jakby ta sukienka miała mi powiedzieć, że jutro wszystko będzie okej.

Nie powiedziała. Telefon zawibrował. Nie od razu spojrzałam. Dopiero po chwili, jakby mój mózg potrzebował opóźnienia, żeby to „przetrawić".

Victor.

Trzy wiadomości.

Victor: dobra robota z organizacją
Victor: serio, wygląda to lepiej niż zakładałem
Victor: nie mów nikomu, że to napisałem

The missing piece [ W POPRAWKACH] Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz