14.

218 14 4
                                        

Diana pov's

Pięć dni po pokazie Paryż dalej wyglądał tak samo, jakby nic nie miało prawa się tu zmieniać tylko dlatego, że ja się zmieniłam.

To było najbardziej frustrujące.

Że świat nie miał w sobie ani trochę delikatności wobec czyichś emocji.

Rano wszystko działało normalnie kawa była za gorzka, jak zawsze, laptop odpalał się wolniej niż powinien, a ja już od samego początku miałam wrażenie, że dzień mnie wyprzedza.

Nie nadążałam. Albo może to ja nie chciałam nadążać.

Zdarzało mi się robić kilka rzeczy naraz i żadnej do końca dobrze, bo w połowie czegoś odpływałam myślami w zupełnie inne miejsce. Czasem nawet nie wiedziałam w jakie.

Stałam przy kuchni mieszałam kawę i patrzyłam gdzieś w bok kiedy telefon zawibrował.

Nie musiałam sprawdzać od razu.

I właśnie to było dziwne.

Bo już wiedziałam, że to on.

Victor.

Nie dlatego, że na niego czekałam. Tylko dlatego, że mój mózg zaczął go gdzieś automatycznie wrzucać w tło dnia. Oparłam się biodrem o blat i odblokowałam ekran.

Victor:
masz spotkanie o 11

Victor:
i nie kombinuj

Victor:
wiem, że to twój styl

Przeczytałam to i prychnęłam cicho pod nosem.

– „Nie kombinuj" – powtórzyłam sama do siebie i pokręciłam głową.

Ja:
nie „kombinuję" ja po prostu nie lubię planów w 100%

Odpowiedź przyszła szybko.

Victor:
to brzmi jak problem w twoim kalendarzu

Uśmiechnęłam się mimowolnie.

Ja:
mój kalendarz żyje swoim życiem

Victor:
to wiele wyjaśnia

I wtedy przez chwilę patrzyłam na ekran dłużej niż powinnam. Nie dlatego, że coś było w tych wiadomościach szczególnego. Tylko dlatego, że to było... łatwe.

Za łatwe.

Jakby rozmowa z nim nie wymagałan ode mnie udawania, że jestem bardziej ogarnięta niż jestem w rzeczywistości. Odłożyłam telefon, ale jeszcze przez chwilę stałam w miejscu.

W biurze dzień ruszył swoim tempem.

Szybkie kroki ludzi, rozmowy przy ekspresie, ktoś głośno śmiał się na korytarzu. Ja siedziałam przy biurku i próbowałam ogarnąć prezentację na kolejne pokazy firmy.

Plik był otwarty od pół godziny a ja dalej poprawiałam rzeczy, które już były dobre.
Tylko że ja nigdy nie byłam pewna, czy coś jest „wystarczająco dobre".

– Diana, dasz radę to ogarnąć do spotkania? – zapytała Melisa, opierając się o moje biurko.

– Już prawie mam – odpowiedziałam, nawet na nią nie patrząc.

– Ty zawsze mówisz „prawie" – zaśmiała się.

– Bo „prawie" to jedyny stan rzeczy, który jest szczery – odparłam.

Nie odpowiedziała, tylko pokręciła głową i odeszła. Telefon leżał obok klawiatury. Nie dzwonił. Ale i tak co jakiś czas na niego patrzyłam.

Nie wiem czemu.

The missing piece [ W POPRAWKACH] Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz