8.

245 13 14
                                        

Victor pov's

Pieprzenie.

Siedziałem na tej prezentacji już zdecydowanie za długo, jak na coś, co miało być tylko formalnością i podpisaniem kilku oczywistych kierunków działań. Głos mężczyzny przy mównicy wypełniał salę równym, monotonnie pewnym tonem, który miał brzmieć profesjonalnie, a w praktyce działał jak środek nasenny. Slajdy zmieniały się powoli, jeden po drugim, zbyt uporządkowane, zbyt przewidywalne, jakby ktoś bał się, że jakikolwiek chaos mógłby tu zepsuć obraz „wizji".

Oparłem się ciężej w fotelu, przesuwając spojrzeniem po reszcie sali. Ludzie wokół udawali skupienie w sposób aż przesadnie staranny — notatniki otwarte pod idealnym kątem, dłonie złożone w odpowiednich momentach, kiwanie głową dokładnie wtedy, kiedy wypadało. Nikt nie wyglądał na zainteresowanego. Wszyscy wyglądali na zajętych udawaniem zainteresowania.

Sięgnąłem po telefon bez większego zastanowienia, bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby. Ekran rozświetlił się w dłoni, a ja przez chwilę tylko przewijałem powiadomienia, które nic nie znaczyły.

Zaproszenia. Maile. Informacje, które i tak już widziałem.

I wtedy zatrzymałem się na zdjęciu.

Nie było w tym nic szczególnego — przynajmniej nie na pierwszy rzut oka. Dziewczyna na tle miasta, naturalne światło, brak przesadnej stylizacji, brak tej sztucznej perfekcji, którą zwykle widuje się w social mediach. Patrzyła w stronę aparatu tak, jakby ktoś zrobił jej zdjęcie w trakcie chwili, a nie w trakcie pozowania.

Diana.

Przez moment nie przewijałem dalej.

Zmrużyłem lekko oczy, jakbym próbował zrozumieć, co dokładnie mnie zatrzymało, bo nie był to ani kadr, ani miejsce. Raczej coś w tym braku przesady — coś, co nie wyglądało jak próba bycia kimś innym.

Przesunąłem palcem w górę i wszedłem w profil.

Więcej zdjęć. Miasta, szkice, notatniki, światło wpadające przez okna, fragmenty życia wrzucone bez wyraźnej logiki, ale układające się w coś, co mimo wszystko miało rytm. Nie było w tym idealnego porządku, ale nie było też chaosu bez sensu. Raczej coś pomiędzy.

Patrzyłem chwilę za długo.

Na tyle długo, że powinienem już dawno zamknąć aplikację.

Zamiast tego kliknąłem „obserwuj", jakby to była najprostsza, najbardziej neutralna rzecz na świecie.

Zablokowałem telefon i wrzuciłem go z powrotem do kieszeni.

— Kontynuuj — rzuciłem spokojnie, kiedy ktoś z sali zwrócił się do prelegenta.

Jakby nic się nie wydarzyło.

***

Mieszkanie było ciche.

Nie spokojne — po prostu puste w sposób, który od razu dawał się odczuć. Każdy dźwięk odbijał się wyraźniej niż powinien: stuk kluczy, zamykane drzwi, szelest płaszcza zsuwanego z ramion.

Zatrzymałem się na chwilę w przedpokoju. Stella pojawiła się natychmiast. Mała, biała kula energii, która w sekundę skróciła dystans, jakby mój powrót był czymś, na co czekała cały dzień bez przerwy.

– No już — mruknąłem cicho.

Uklęknąłem odruchowo, zanim zdążyłem o tym pomyśleć. Pies wskoczył na mnie bez zawahania. Łapy oparły się o moje kolana, a ona zaczęła kręcić się w kółko, domagając się uwagi w swoim tempie, jakby nie istniało nic ważniejszego. Złapałem ją pewnie jedną ręką, automatycznie, jakbym robił to od lat bez żadnej przerwy.

The missing piece [ W POPRAWKACH] Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz