Rozdział 9

1.4K 163 24
                                        

Tim

Nie sądziłem że pogrzeb mojej matki będzie dla mnie aż tak traumatycznym przeżyciem. Myślałem, że znalezienie jej w tej cholernej sypialni było najgorszym co mnie spotkało, ale kiedy patrzyłem na moje zapłakane siostry, a sam musiałem niewzruszenie stać w Kościele pełnym ludzi, którzy patrzyli na mnie ze współczuciem i zaciekawieniem, oceniając i analizując każdy mój ruch, każde słowo, które wypowiadałem podczas przemowy i szeptali do siebie „Słyszeliście, że młody Kane ją znalazł?", „Jak on sobie teraz poradzi, jak utrzyma te dzieci...?" , „Co to za rodzina, oni są przeklęci", „Zaćpała się we własnym domu, w którym znalazł ją jej syn... Jak tak można?" Słyszałem to wszystko, szeptane za moimi plecami przez ludzi, którzy później podchodzili do mnie poklepać mnie po ramieniu, mówiąc, że jest im przykro...

Nie, to mnie było przykro.

Stałem z kamienną twarzą przytulając do siebie moje młodsze siostry, kiedy wypłakiwały sobie oczy na moim ramieniu, będąc dla nich oparciem, próbując jakimś cudem za wszelką cenę się nie rozsypać.

Cieszyłem się tylko z tego, że nie zabraliśmy ze sobą Briee. Lilianne została z nią i z Dennym w domu. Wziąłem głęboki oddech, kiedy było już niemal po wszystkim. Stałem w łazience patrząc w lustro. Moje oczy wydawały się tak ciemne jak czarny garnitur, który miałem na sobie, oprócz tego smutne, zaczerwienione i błyszczące. Wypuściłem kolejny drżący oddech, ochlapując sobie twarz wodą.

Lilianne. Czekała na mnie w domu z dziećmi. Mój osobisty promyczek radości, słońca i nadziei w tej lawinie czerni, smutku i oceniających spojrzeń.

Boże, tak bardzo Ci za nią dziękuję... - pomyślałem wycierając twarz w ręcznik jednorazowy. Obawiałem się, że gdyby nie ona to zapewne bym zwariował, albo może nawet się załamał. Nie mogłem uwierzyć że była przy mnie, że została. Nie mogłem uwierzyć że za chwilę miałem być z nią w domu. Na samą myśl o tym dostawałem skrzydeł i zaczynałem być... Szczęśliwy. Pełen nadziei. Podekscytowany i... beznadziejnie zakochany. Niestety tak było, bo po prostu moje głupie serce nie potrafiło jej nie uwielbiać. Podobnie jak wszystko inne we mnie.

Nie mogłem uwierzyć że zaledwie wczoraj byliśmy razem jakby w zupełnie innym świecie, a dzisiaj byłem sam. Tkwiłem w czymś co kojarzyło mi się z piekłem w porównaniu do tego raju, który mieliśmy.

Zabraliśmy dzieciaki nad wodę, wcześniej wpadając na ranczo po jej rzeczy. Złote słońce rozświetlało jej platynowe włosy, i sprawiało że jej oczy wydawały się jeszcze jaśniejsze. Śmiała się biegając z dzieciakami i psem wzdłuż linii brzegu. Zdmuchiwała dmuchawce wypowiadając wymyślone, zabawne życzenia. Uczyła dziewczynki robić gwiazdę i inne sztuczki gimnastyczne.

Mogłem tylko siedzieć i patrzeć na nią z uwielbieniem. Dzieci się śmiały i wydawały się takie beztroskie, kiedy tańczyła z nimi i uczyła je pływać, i myślę że właśnie wtedy się w niej zadurzyłem.

Mogło się to stać już wtedy kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy, gdy szła przez ranczo, a ja myślałem, że jest aniołem, albo kiedy zasypiałem w jej czułych ramionach. Gdy wstałem po najlepiej przespanej nocy w życiu i zobaczyłem ją w swojej kuchni śmiejącą się w głos z mąką na policzku, smażącą naleśniki z dzieciakami, i gdy powiedziała, że będzie pomagała mi w opiece nad dziećmi będąc przy nas przez całe wakacje... Myślałem że nie mogę być bardziej wdzięczny i zauroczony... Ale zadurzyłem się w niej wczoraj, nad tą wodą, w promieniach powoli zachodzącego słońca. I wiedziałem już że ona nie była wymyślonym aniołem, tylko tym najprawdziwszym, zesłanym przez Boga na ziemię aby rozświetlał mroki życia zwyczajnym ludziom, takim jak ja.

Wziąłem kolejny głęboki oddech wychodząc z łazienki, by zmierzyć się z ostatnimi spojrzeniami, których nie chciałem na sobie czuć i słowami, których nie chciałem słuchać. Chciałem tylko aby to już minęło, bym mógł już wrócić do mojego słońca i znów poczuć, że żyję.

***

Weszliśmy do domu, razem z Maddie. Mimo że prosiłem Sue aby poszła z nami, za nic nie chciała wracać do domu. Mówiłem że rodzeństwo jej potrzebuje, ale dla niej to było zbyt wiele i nie mogłem jej winić, że wolała przebywać u swojej przyjaciółki, niż w domu który kojarzył jej się z taką ilością cierpienia.

Maddie odetchnęła z ulgą, ściągając czarne buty na niskim obcasie, po czym weszliśmy do salonu. Lilianne czytała bajkę Briee i Dennemu, ale kiedy nas zobaczyła odłożyła książeczkę i popatrzyła w moje oczy. Nie wiem co w nich zobaczyła, ale wstała i po prostu mnie przytuliła. Dotknęła otwartą dłonią mojego policzka, a ja wtuliłem w nią twarz. W jej oczach zobaczyłem troskę i czułość. Zastanawiałem się jak sobie radziłem gdy jej nie było, i jak będę sobie radził kiedy znowu jej zabraknie.

Dwa miesiące miną szybciej niż bym chciał, a później zostanę z tym znowu sam. Jednak dzisiaj, teraz... była tutaj ze mną.

- Jesteś zmęczony... – powiedziała Maddie dotykając mojego ramienia. – Pójdę się z nimi troszkę pobawić.

- Dziękuję – powiedziałem nie poznając własnego głosu. Maddie pokiwała głową i spojrzała wymownie na Lili. Zastanawiałem się jak wyglądam skoro tak reagowały.

Lili wzięła mnie za rękę i zaprowadziła na piętro do mojego pokoju w którym spędziliśmy już dwie noce na przytulaniu się i spaniu. Zaczęła rozpinać moją czarną koszulę, rozsupłała mój krawat, ściągnęła marynarkę z moich barków, a ja po prostu stałem, pozwalając jej na wszystko. Kiedy już nie miałem na sobie krawata, a koszula zsunęła się z nagich ramion, złapała moją twarz w dłonie.

- Jest dobrze... – powiedziałem tylko, bo widziałem że się martwi. – Muszę tylko ochłonąć... To było... - zamrugałem czując jak łzy wypełniają moje oczy, a ja za nic w świecie nie chciałem, aby widziała jak płaczę. Uniosłem twarz patrząc w sufit, aby tego nie zauważyła, zacisnąłem powieki czując jak po policzkach płyną mi łzy. Było mi wstyd, ale nie wiedziałem jak mam przestać. Wtedy poczułem jej usta na swojej szyi. Pocałowała mnie delikatnie, ale przytuliła mocno.

- Jesteś taki silny, Tim – wyszeptała w moją skórą, więc schyliłem głowę.

- Potrzebuję cię – powtórzyłem to co mówiłem jej podczas naszej pierwszej nocy.

Nie chciałem wywierać na niej presji, ale cholera tak bardzo jej potrzebowałem.

Milczała przez chwilę i zaczynałem się bać, chociaż jej usta wciąż delikatnie muskały moją szyję.

- To ja potrzebuję ciebie – wyszeptała.

- Czyli potrzebujemy się nawzajem? – uśmiechnąłem się do siebie, otaczając ją ramionami, zastanawiając się jak to możliwe, że jeszcze kilka dni temu nie było jej w moim życiu i pomyślałem, że być może poznaliśmy się już w poprzednim? Może to nie było nasze pierwsze spotkanie? Przebywanie z nią było tak właściwe i tak naturalne jak oddychanie...

- Na to wychodzi – odpowiedziała sunąc dłońmi po mojej nagiej skórze, wywołując tym dreszcze.

Odsunęła się ode mnie prześlizgując palcami po moich ramionach i zaplotła ręce na moim karku. Popatrzyłem jej w oczy zauważając jak obserwuje samotną łzę spływającą po moim policzku. Stanęła na palcach i musnęła ustami moją mokrą skórę ścierając wargami sunącą po niej małą kropelkę. Moje serce stanęło w płomieniach i rozchyliłem usta chcąc ją pocałować...

Spojrzała na nie i zamrugała gwałtownie, lekko się odsuwając.

- Jak mnie ładnie poprosisz zrobię ci dzisiaj masaż – powiedziała z uśmiechem zaciskając palce na moich mięśniach, co było bardzo przyjemne więc jęknąłem odchylając głowę do tyłu.

- Nie mógłbym. I tak już wystarczająco cię wykorzystuje - odparłem.

- Och uwierz mi, nawet nie zacząłeś – odpowiedziała zaczepnym tonem, a ja popatrzyłem jej w oczy.

Uśmiechnęła się i odsunęła ode mnie podchodząc do szafy i wyciągnęła z niej dużą, szarą koszulkę.

- To będzie znacznie wygodniejsze – zaśmiała się i podniosła wysoko ręce, aby naciągnąć mi ją na głowę. Kiedy już mnie w nią ubrała uśmiechnąłem się do niej szeroko. – Teraz lepiej - wyszeptała. Dotknęła mojego nosa i przesunęła palcem na kość policzkową, stanęła na palcach i dała mi buziaka w policzek po czym wyszła mojego pokoju.

Dopiero wtedy poczułem że znowu mogę normalnie oddychać.

TearsOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz