Lili
- To tylko dwa tygodnie – powiedziałam do siebie po naszych wspólnie spędzonych trzech dniach.
Ray i Betty niemal kazali zastać Timowi na dłużej niż jedną dobę. Powiedzieli, że z dzieciakami wszystko dobrze i świetnie sobie radzą, co potwierdziła Sue i Maddie, a z rozmów telefonicznych wynikało ze zarówno Denny jak i Briee świetnie bawią się na ranczu. Tak więc spędziliśmy razem trzy cudowne dni, po których odwiozłam Tima na lotnisko z którego właśnie wracałam do domu.
Dużo rozmawialiśmy i stwierdziłam że naprawdę cieszę się z tego co się stało. Czy byłam gotowa na dziecko? Pewnie nie. Ale nic bym nie zmieniła. Nic a nic.
Uśmiechnęłam się na wspomnienie tego co robiliśmy z Timem przez cały jego pobyt. Uprawialiśmy bardzo dużo seksu, okej, ale nie zapomniałam w tym wszystkim choć spróbować pokazać Timowi przynajmniej części Nowego Jorku.
Spacerowaliśmy po Times Square, odwiedziliśmy Central Park i podziwialiśmy Statuę Wolności. Wiedziałam, że kiedyś będziemy mieli sporo czasu, aby zobaczyć to wszystko na spokojnie, ale Tim strasznie się cieszył i chciał zobaczyć jak najwięcej. Był pełen pasji i optymizmu, ponad to zarażał mnie pozytywnym nastawieniem i ciekawością świata. Ja w przeciwieństwie do niego zobaczyłam już naprawdę całkiem sporo, byłam w Europie, zwiedziłam Włochy, Hiszpanię i Grecję. Często bywałam na Florydzie, z której raz odwiedzałam Kubę, byłam też w Afryce, natomiast chciałam zobaczyć znacznie więcej. Ale tym razem z Timem. Już wyobrażałam go sobie podziwiającego Fudżi (następna na mojej liście miejsc do zobaczenia była Japonia i miałam nadzieję, że być może w dość niedalekiej przyszłości uda nam się wyruszyć tam razem).
Z uśmiechem zaparkowałam pod domem, który za chwilę miał stać się czymś więcej niż tym, czym był do tej pory. Miał stać się prawdziwym domem, nie tylko zimnym, pustym miejscem w którym spędziłam ostatnie lata życia i z którego zawsze uciekałem pod byle pretekstem.
Jedna z tych ucieczek zaprowadziła mnie do Tima. Do chłopaka, który był zupełnie nie mój, i do którego nie miałam najmniejszego prawa i który jakimś cudem stał się dla mnie wszystkim.
Weszłam do salonu, zdejmując po drodze buty i zaczęłam przeglądać notatki z piątkowych zajęć, kiedy usłyszałam jak drzwi frontowe otwierają się gwałtownie. Zmrużyłam oczy i z bijącym sercem odwróciłam się, aby zobaczyć kto wpada do mojego domu bez cholernego pukania.
W drzwiach stał Matt i wyglądał jakby przebiegł cholerny maraton, jego koszula była wymięta, a oczy podkrążone.
- Matt? Co ty tu robisz do cholery? Nastraszyłeś mnie...
- Powinnaś zamykać drzwi – odparł zachrypniętym głosem.
- Właśnie miałam to zrobić. A ty powinieneś pukać... - dodałam zbierając notatki.
No cóż ta rozmowa z pewnością nie będzie przyjemna, ale moim obowiązkiem było wyjaśnić to w dojrzały sposób. I zakończyć wszystkie moje toksyczne związki i relacje zanim w moim życiu na dobre zagoszczą dzieciaki i Timmy. I nasze dziecko.
Zerknęłam na Matta i o dziwo już nie czułam nienawiści. Nie czułam nawet niechęci, mimo że nie miałam ochoty przypominać sobie naszych zbliżeń, które były tak poniżające i bolesne, że niemal traumatyczne. Oboje byliśmy temu winni. Oboje mieliśmy problemy, z tym że ja miałam cholerne szczęście trafić na faceta, który mnie zmienił, i dla którego chciałam się zmienić na lepsze.
Westchnęłam odkładając papiery i spojrzałam na Matta czując wyrzuty sumienia. Gapiliśmy się na siebie w ciszy.
- Napijesz się czegoś? – odezwałam się w końcu, wskazując zapraszającym gestem na kuchnie, a Matt zamrugał ze zdziwieniem. Chyba był przygotowany na kłótnię ale ja nie miałam na to najmniejszej ochoty.
CZYTASZ
Tears
Romance18+❤ ZAKOŃCZONA ❤ W trakcie korekty Lilienne od zawsze była zimna, nieczuła i pozbawiona wrażliwości - szczególnie w kwestii mężczyzn. Seks był dla niej rozrywką, złamane męskie serca - utrapieniem, romantyzm - żenującą bzdurą, a miłość wyświechtany...
