Tim
Patrzyłem na zegarek zastanawiając się dlaczego do cholery nie ma jeszcze Lili, powinna być przede mną, bo moje dzisiejsze zajęcia trwały dwie godziny dłużej od jej. Dzwoniłem wielokrotnie na jej telefon, ale za każdym razem włączała się automatyczna sekretarka, więc zaczynem wariować z niepokoju.
- Spokojnie, tatuśku... - usłyszałem Sue, którą spiorunowałem wzrokiem. – Pewnie zagadała się z koleżankami po zajęciach.
- To nie w jej stylu. Gdyby tak było przynajmniej by mi o tym napisała, albo chociaż odebrała telefon... - mówiłem po raz kolejny wykonując połączenie.
Po następnych dwóch godzinach zacząłem obdzwaniać szpitale przerażony nie na żarty, jednak w Nowym Jorku mogłem spędzić w ten sposób cały wieczór, tym bardziej że oczekiwanie na informacje trwało długo, a jej otrzymanie graniczyło z cudem...
Właśnie wtedy zadzwonił mój telefon. Na wyświetlaczu zobaczyłem obcy numer. Odebrałem połącznie drżącymi palcami, próbując wyrzucić z głowy moment, kiedy dzwonili do mnie w sprawie wypadku i śmierci taty.
- Tak, słucham?
- Pan Tim Kane? – służbowy głos w słuchawce sprawił, że niemal się porzygałem
„Na drodze krajowej numer 40 miał miejsce wypadek..." dudniło mi w głowie.
- Tak, to ja.
- Czyli dobrze się dodzwoniliśmy. Mamy pański numer od przyjaciółki panny Lilianne Verees, Megan Cassidy. Z kolei numer do niej uzyskaliśmy od Rebekhi Verees, która jest jedną z ostatnich żyjących krewnych Lilianne, zgadza się? – mężczyzna gadał jakby czytał z kartki, a ja czułem że za chwilę eksploduje z niepokoju.
- Co się stało? Proszę mi powiedzieć...
- Jest pan partnerem, ojcem dziecka, tak?
- Tak - odparłem zniecierpliwiony - Co się stało?
- Proszę wybaczyć, ale to procedury – w dupie miałem jego procedury. Miałem za to wielką ochotę zacząć wrzeszczeć, ale jedynie odchrząknąłem, kiedy kontynuował - Panna Verees miała dzisiaj wypadek samochodowy. Przebywa obecnie w szpitalu Lennox Hill, prosilibyśmy aby niezwłocznie przyjechał pan na miejsce...
Zrobiło mi się ciemno przed oczami chyba zabrakło mi powietrza w płucach.
- Żyje? – udało mi się jedynie wydusić. Czułem, że za moment się poryczę i nie wiedziałem co zrobię jeśli coś jej się stało...
- Tak, jednak najbardziej martwimy się o pana dziecko, możliwe że trzeba będzie podjąć parę trudnych decyzji i podpisać dokumenty, proszę wziąć dowód osobisty i zjawić się jak najszybciej... - miałem chęć zabić tego faceta gołymi rękami.
Mówił do mnie jakby w grę wchodziło podpisanie umowy na kupno odkurzacza, a właśnie przed chwilą moje życie znowu się zawaliło.
Ale ona żyła... Tylko to się liczyło...
Zakończyłem rozmowę próbując być twardy. Musiałem, bo ona żyła. Żyła. Powtarzałem sobie to w myślach, kiedy mówiłem Sue, że jadę do szpitala bo Lili miała wypadek. Sophie została z dzieciakami na górze, gdy wziąłem portfel, dokumenty i pojechałem do szpitala, wciąż powtarzając sobie, że ona żyje. A dopóki ona żyła, ja również mogłem oddychać, prawda?
***
Siedziałem przy jej łóżku trzymając ją za rękę. Aparatura pikała, a ja nie spałem od ponad dwudziestu czterech godzin modląc się, aby w końcu otworzyła oczy.
CZYTASZ
Tears
Romance18+❤ ZAKOŃCZONA ❤ W trakcie korekty Lilienne od zawsze była zimna, nieczuła i pozbawiona wrażliwości - szczególnie w kwestii mężczyzn. Seks był dla niej rozrywką, złamane męskie serca - utrapieniem, romantyzm - żenującą bzdurą, a miłość wyświechtany...
