Jedną z najtrudniejszych rzeczy, które świat musi pojąć jest nieunikniony koniec, który z każdym dniem zbliża się do nas coraz bardziej. Oznacza to, że każda, nawet najtrwalsza i najmocniejsza rzecz kiedyś ulegnie zniszczeniu, a wszystko co ją otacza zniknie. Ale czy to oznacza, że nie możemy podziwiać jej piękna, dopóki istnieje? Czy nie możemy wpatrywać się z zapartym tchem w piękno świata, ponieważ przecież prędzej czy później wszystko to, co widzimy zniknie? Oczywiście, że nie.
Jest to dla mnie tak oczywiste - jak oczywiste jest, że woda gotuje się w stu stopniach, że niebo nigdy nie spadnie i że Johny Depp w latach nastoletnich wprawiał w kompleksy niejednego chłopaka.
Więc, skoro to jest dla mnie tak oczywiste, dlaczego tak bardzo boję się przyznać do miłości i z niej korzystać, wiedząc jednocześnie, że prędzej czy później czar bajki pryśnie? Dlaczego zamiast czerpać, kochać i być szczęśliwą, wciąż czuję strach i wycofanie przed tym uczuciem?
Ten dzień zdecydowanie nie jest idealnym momentem na debatowanie i analizowanie wszystkich przemyśleń, ponieważ w mojej głowie wciąż szaleje karuzela wczorajszej imprezy. Staram się myśleć jak najtrzeźwiej tylko mogę. co prawda, wypowiadanie słów i rozmowa przychodzą mi znacznie łatwiej, niż zwykle, jednak do tej pory nie potrafię określić czy to dobrze.
W małym pokoju przepełnionym obrazami jest niesamowicie duszno, a wyznanie Denisa sprawia, że jeszcze bardziej brakuje mi powietrza. W dłoniach Denisa, które z taką delikatnością ujmują moją twarz czuję się bezbronna i krucha. Przez moment mam ochotę mu zaufać, wiedzieć, że w końcu, po wielu latach, mogę zdjąć z pleców swój ciężar samotności i w pełni komuś się oddać, bezgranicznie zaufać. Odwracam się szybko i ocieram łzę wzruszenia, która zbłąkała się gdzieś w kącie oka.
– Mogę? – pytam, dotykając delikatnie płótno.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że słowa, które wypowiedział mogą być tylko chwilą emocji i tak naprawdę mogą nic nie znaczyć, jednak fakt, że w ogóle przeszło mu to przez myśl przyprawia mnie o dreszcze. Fakt, że w końcu ktoś jest gotów postawić mnie na pierwszym miejscu daje mi promyk nadziei, na który patrzę z przerażeniem i myślą, że zaraz, za sekundkę iskra zgaśnie, wypalając dziurę w moim sercu.
– Te są stare, nieudane lub niedokończone, ale śmiało, nie krępuj się – odpowiada i siada, opierając się plecami o ścianę. – Te, które uważam za dobre lub co najmniej akceptowane, przewiozłem do magazynu. Nie chciałem narazić ich na zniszczenie, a w tym domu wiele może się zdarzyć.
Stare. Nieudane. Niedokończone.
Jest jeden prostu powód, dla którego praktycznie nikomu nie pokazuję swoich fotografii - są dla mnie zbyt osobiste, zbyt intymne. Pokazują świat moimi oczami - czasami mroczny, czasem kolorowy, a najczęściej czarnobiały i pusty - bez ani jednej duszy. Przeglądając płótna oraz szkice Denisa widzę to, czego boję się, że on zobaczy we mnie. Widzę delikatność, kruchość i wrażliwość. Widzę świat ukazany jego oczami - całkowicie nierzeczywisty, świat, w którym żyjemy, ale przeobrażony, upiększony lub czasem całkowicie przeciwnie - nasz świat w wizjach rodem z piekła.
– Czy to Nancy? – Wskazuję na obraz, na którym pośród tłumu patrzącego w rozgwieżdżone niebo, w samym jego centrum Denis umieścił twarz szatana otoczoną. Ostrą, patrzącą wprost na widza, spowitą czerwonymi jak krew płomieniami.
– To moja wizja śmierci. Gnieździ się wśród nas i czyha z podstawioną nogą, aż ktoś, kto zapatrzony w piękno nieba potknie się i upadnie wprost pod jego nogi. Namalowałem to po upadku Belli, zawsze doceniała piękno nieba. O każdej porze dnia i roku.
– Wierzysz w życie po śmierci? – Chyba sama nie wiem, jak bym na to odpowiedziała.
Denis wzrusza ramionami, patrząc się beznamiętnie na stary/nieudany/niedokończony obraz.
CZYTASZ
Charleston
Fiksi RemajaNiemal cztery lata na walizkach. Dwanaście przeprowadzek. Dwanaście nowych domów i osiem do złudzenia podobnych szkół. Sześć krajów i setki poznanych osób. Ciągłe życie w drodze sprawia, że chcąc nie chcąc zaczynasz nazywać swoją rodzinę stadem, a s...
