Rozdział 20

14.2K 705 28
                                        

SKYLOR

Patrzyłam prosto w przekrwione oczy Marcusa. On również patrzył w moje, tyle że w odróżnieniu od niego, moje były czyste. Od wczoraj, gdy wrócił z planu filmowego, był naćpany. Marco ledwo wniósł go do domu. Mimo wszystko dziś trzymał się na nogach.

-A więc synu powiedz mi, jak tam się mają interesy — Otyły mężczyzna podniósł się na krześle, żeby następnie usiąść prosto i położyć łokcie na stole. Spojrzał na Marco, który od rana był niezwykle zdenerwowany, i co do niego w ogóle nie podobne, miły.

Wyjaśnił nam spokojnie, że przyjeżdża jego ojciec z wizytą, a jakby jeszcze było mało, poprosił nas o to, żebyśmy byli dla niego mili. Poprosił! Musiało być to ważne, a nawet bardzo ważne. Marco nigdy nie prosi, on żąda.

-Dobrze — Odpowiedział, wpatrując się w swoją sałatkę. Mężczyzna potrząsnął głową i wypił łyk wina.

-To tyle? Zwykłe dobrze? Myślałem, że stać cię na więcej — Marcus ponownie spojrzał mi w oczy. Zobaczyłam w nich coś na kształt odrazy. Przyzwyczaiłam się do tego, w jaki sposób na mnie patrzy, nigdy mi to nie przeszkadzało. Aż do teraz. Marcus wyprostował się i zdjął serwetkę z kolan. Odchrząknął, a następnie zwrócił się do Marco, któremu na czole zbierały się krople potu. Dla takiego widoku można zabić.

-Ojcze, jeżeli już poznałem mojego dziadka- Uśmiechnął się w stronę mężczyzny, który był zachwycony zachowaniem wnuczka, a następnie ponownie przeniósł wzrok na Marco.- Czy mogę wziąć twój samochód i pozwiedzać pobliskie miasto?- Marco nie dawał swoich samochodów, nikomu, nawet Marcusowi. Więc jak tylko słowa opuściły usta Marcusa, niemal udusiłam się kawałkiem pomidora. Mężczyzna, który nazywał się Michael Hale, bo tak właśnie nam się przedstawił, uśmiechnął się szeroko i poklepał Marco po plecach.

-Słyszałeś? Chce pozwiedzać pobliskie miasto. Też tak mówiłeś, jak jeździłeś do klubów. Daj chłopakowi kluczyki, niech poszaleje, póki może — Widząc minę Marco, nawet ja się uśmiechnęłam. Jedynie skinął sztywno głową i wskazał ręką na garaż, gdzie trzymał kluczyki. Marcus wstał i z wielkim uśmiechem przeznaczonym dla Michela wyszedł, zatrzaskując za sobą drzwi.

-A ty kochana, wyglądasz, jakby cię głodzili. Czym ty ją karmisz?- No właśnie o to chodzi, że niczym. Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak wygląda moje życie. –Słuchaj kochana, a ty nie masz ochoty na przejażdżkę po mieście? My musimy omówić bardzo ważne sprawy. Synu, daj jej kluczyki, a my pogadamy.- Sądząc po minie Marco, prędzej zostałabym przejechana tym samochodem, niż miałabym go poprowadzić.

-Nie ma mowy.- Korzystając z okazji, nałożyłam więcej jedzenia na talerz. Michael, słysząc odmowę z ust syna, uderzył pięścią o stół. Talerze oraz misy z jedzeniem uniosły się, a następnie z hukiem uderzyły o blat. Marco gwałtownie się odsunął, gdy zawartość jednego z kieliszka rozlała się prosto na jego spodnie.

-Nie tak cię wychowywałem! Masz jej dać te cholerne kluczyki, bo inaczej sobie porozmawiamy — Marco wstał z krzesła, które wylądowało na podłodze.

-Nie wiem, co ci się przewidziało, ale jakbyś nie pamiętał, nie ty mnie wychowywałeś!- Michale także wstał. Swoim brzuchem zahaczył o talerz, który spadając, wszędzie porozrzucał resztki sałatki.

-Nie odzywaj się tak do ojca!- Mężczyźni stali naprzeciwko siebie, wymieniając mordercze spojrzenia.- Musimy poważnie porozmawiać, więc daj jej te pieprzone kluczyki i sprawa załatwiona — Marco nie spuszczając wzroku z Michela, wskazał ręką drzwi do garażu.

Wstałam i jak najszybciej wyszłam stamtąd, zanim się rozmyśli. Zapaliłam światło i pierwsze co zobaczyłam to wściekle pomarańczowe Lamborghini stojące obok tablicy z kluczami. Zrobiłam krok w stronę samochodu, dotykając palcami jego karoserii. Z haczyka wzięłam klucze i otworzyłam drzwi po stronie kierowcy. Dotknęłam skórzanej kierownicy. Kiedyś tata uczył mnie prowadzić samochód. Całkiem dobrze mi szło, gdyż miał on automatyczną skrzynię biegów. Ten niestety takiej nie miał.

Włożyłam kluczyki w stacyjkę i je przekręciłam. Nic. Spojrzałam pod nogi. Był tam trzy pedały. Cholera, ten po lewej to pewnie sprzęgło. Tata mówił mi, że żeby odpalić samochód z manualną skrzynią, trzeba nacisnąć sprzęgło, tyle że potem dodał, iż nie będę musiała się tym martwić, bo mój samochód nie będzie tego miał. A było trzeba słuchać do końca. Nacisnęłam sprzęgło, a następnie przekręciłam kluczyk. Samochód odpalił, nacisnęłam pedał gazu. Za długo nie pocieszyłam się jazdą, tak szybko, jak odpalił, tak szybko zgasł. Uderzyłam ręką w kierownice. Wystarczyło tylko go odpalić i spróbować pojechać prosto, żeby się stąd wydostać.

Spróbowałam jeszcze raz tym razem spokojnie, samochód powoli ruszył, wyjeżdżając z garażu. Ostrożnie przyciskałam gaz, żeby przypadkiem nie znaleźć się na ścianie budynku, który był przede mną. Skręciłam i gdy chciałam pojechać dalej, zorientowałam się, że nie umiem wbić dwójki. Ha! Oczywiście, że nie umiem, nikt mnie tego nie nauczył. Nie zwracając uwagi na biegi, spróbowałam dojechać na jedynce do warsztatu, w którym pracuje John i pan Wais.

Udało mi się przejechać przez bramę warsztatu, nie uderzając przy tym w nic, co stało mi na drodze. To już jakiś postęp. Wyjęłam kluczyki ze stacyjki, wychodząc na zewnątrz. Zamknęłam drzwi i ruszyłam w kierunku warsztatu. Był otwarty, więc weszłam, spodziewając się, że zobaczę Johna pracującego przy jednym z samochodów. Rozejrzałam się dookoła. Niestety Johna tu nie było, za to pan Wais już biegł w moją stronę, podciągając nieco za duże spodnie.

- W czym mogę pomóc, panienko? – Pan Wais nie był aż tak stary, jak myślałam. Z bliska wyglądał o wiele młodziej.

-Szukam John.

-Ach, no tak. Mogłem się tego spodziewać. Ty jesteś Skylor, tak?- Pan Wais przyjrzał mi się dokładniej, następnie szeroko się uśmiechnął.- Na pewno jesteś Skylor. Poczekaj tu, zaraz przyjdzie -Powiedział i pobiegł w kierunku drzwi, przytrzymując spodnie. Rozejrzałam się. Było tu dość sporo miejsca. Na środku stały dwa podnośniki, na jednym wisiał dość stary samochód. Pod ścianami poustawiane były szafki. Trudno było określić ich kolor, gdyż były pokryte smarem i kurzem. Na podłodze znajdowały się porozrzucane narzędzia i brudne szmatki.

-Kotek, co ty tu robisz?- Odwróciłam się na dźwięk głosu Johna. Stał pod ścianą w czarnym podkoszulku i niebieskich spodniach roboczych. Uśmiechnął się szeroko, wycierając brudne ręce w ścierkę.

-Mówiłeś, że mogę przychodzić, kiedy zechcę — Uśmiechnęłam się do niego.- A poza tym mam prośbę.

-Ach tak?- Uniósł brwi, podchodząc do mnie. Rzucił ścierkę na ziemię. Teraz już wiem skąd te wszystkie szmatki. Odwróciłam się i wyszłam na zewnątrz. Wskazałam ręką na miejsce, gdzie zostawiłam Lamborghini. John spojrzał na mnie, a następnie na miejsce, które wskazuje.

- Nie umiem go obsługiwać.- John jeszcze raz spojrzał na samochód i ponownie na mnie.

-Dobrze się czujesz, kotek?- Zmarszczyłam brwi. Odwróciłam się i spojrzałam na miejsce, w którym stało Lamborghini. Tyle że niczego tam nie było. Wybiegłam na środek i obróciłam się do Johna.

-Tu stało Lamborghini Marco — Wyjaśniłam, ale John nadal w to nie wierzył. Podszedł do mnie i spojrzał głęboko w oczy.

-Brałaś coś?- Zapytał z troską w głosie. Odsunęłam się od niego.

- Ale ono naprawdę tu stało.

-Myślisz, że krasnoludki przyszły i go zabrały nie, zostawiając nawet żadnej wiadomości?- John się ze mnie śmiał. A to nie było śmieszne. Zgubiłam samochód. Wybiegłam przez bramę. Na środku drogi stało Lamborghini, które toczyło się z lekkiej górki. Cholera! Nie zaciągnęłam ręcznego!

-John! On tu jest!-Chłopak podszedł do bramy. Biegnąc, wyciągnęłam rękę w stronę samochodu, który nadal toczył się z górki.- Nie zaciągnęłam ręcznego — Nie wiem, co zamierzałam zrobić z maszyną ważącą z tonę, bo na pewno bym jej nie zatrzymała, ale mimo to biegłam w jej stronę. Zanim Johnowi udało się cokolwiek powiedzieć lub zrobić samochód zatrzymał się na ścianie budynku. Niszcząc przy tym cały tył. Chwyciłam się za głowę. Co ja teraz zrobię? John stanął obok mnie.

-No cóż, będę miał teraz dużo roboty, żeby to naprawić — Spojrzałam na niego. Uśmiechał się lekko, ale nie był to wymuszony uśmiech. Był prawdziwy. Właśnie w tej chwili uświadomiłam sobie, że John nie jest moim przyjacielem. Jest kimś więcej. Jest moją liną ratunkową. Jest promykiem słońca w mroku. Teraz nie wyobrażam sobie, jak mogłoby wyglądać moje życie bez niego.

Walcz do końcaOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz