Harry chciał i nie chciał wracać do domu. Jego przeklęta dusza zawsze była samotna, ale czy sama? Z biegiem czasu zatracił się autoagresji do tego stopnia, że gdy tylko jest całkowicie sam to, albo nie czuje zupełnie nic, albo cierpi niewyobrażalnie. Do tego stopnia, że z rana nie może wstać z łóżka. Ból psychiczny daje udział temu fizycznemu. Bynajmniej. Zazwyczaj to on wspomaga swoją krzywdę. Tak, jest masochistą, a przynajmniej można tak to widzieć z perspektywy osoby trzeciej. Styles równie mocno nie chce żyć, co nie ma odwagi się zabić. On po prostu nigdy nie chciał się urodzić. W tym momencie samookalecza się z wielu powodów. Przede wszystkim czuje, że zasługuje na karę oraz przy każdym nacięciu skóry ma nadzieję, że jednak, jakimś cudem, ta kreska będzie w stanie go zabić. Morałem jego historii jest ból. Nie ma jednego powodu, by zostać na tym świecie. Każdy wierzy, gdy twierdzi, że jest w porządku, pomimo grymasu na jego twarzu i wzroku mówiącego, że wcale tak nie jest. Wszystko co trzyma go przy życiu również go zabija. Ironiczne, czyż nie?
Po lekcjach brunet wrócił do domu, gdyż Laura miała coś do zrobienia. Nawet nie pytał co dokładnie. Jest chujowym przyjacielem i ma tego świadomość.
-Jak było w szkole Harold?
-W porządku. Jak zawsze - ta fraza stała się już jego frazą.
-Czemu jesteś smutny? Rozumiem, gdybym ja była, albo twoja dziewczyna, Laura - mamy powody, ale ty? - w tym momencie czara goryczy się przelała. Gemma doskonale wie o jego orientacji, a mimo wszystko jest głucha na wszelkie uwagi dotyczące tego aspektu jest szesnastoletniego życia. I okej, najwidoczniej jak zwykle przesadza i jego życie to kwiatki oraz króliczki srające na różowo.
-I tak zaraz wychodzę - odpowiedział po chwili, by nie wybuchnąć, lecz wciąż było słychać nutkę złości.
-Prosimy wszystkich o zapięcie pasów, kolejna runda na rollercoasterze pana Styles'a - usłyszał wchodząc po schodach na co mruknął pod nosem, tak, by nie usłyszała - Pieprzona hipokrytka.
Nie ma pojęcia gdzie zamierza się podziać. Jego jedynym planem było myślenie nad sensem we własnym pokoju. Wyjął z plecaka książki, a włożył tam żyletki i trochę pieniędzy. Nigdy nie wiadomo, prawda?
-Gdzie się wybierasz?
-Nie. twój. interes. - syknął, gdy już się w nim zagotowało. Trzasnął drzwiami wejściowymi i zaczął się zastanawiać gdzie teraz? Chciał być jak najdalej, więc przypomniał sobie o knajpce na praktycznie drugim końcu miasta. Gdy jeszcze jego ojciec nie wyjechał często tam chodzili. Doskonale wiedział, że przebywanie tam będzie cholernie bolało, ale coś niewytłumaczalnie ciągnęło go do tego miejsca w tym momencie. Idąc ze słuchawkami na uszach powrócił myślami do rozmowy z jego siostrą. Już nie bierze, aż tak, do siebie tych wszystkich słów jak kiedyś. Jest to spowodowane faktem, że zazwyczaj bywa gorzej, więc jedynie może się cieszyć z takiego obrotu spraw. Kwestia przyzwyczajenia w pewnym sensie.
Gdy po pół godziny dotarł na miejsce czekał chwilę przed wejściem z myślą, czy na pewno jest na to gotowy. W końcu szarpnął za drzwi a do jego nozdrzy dotarł ten znajomy zapach. Musiał przymrużyć oczy na te doznanie. Z transu wybudził go śmiech. Szczerze mówiąc bardziej przypominało mu to rechot żaby, aniżeli jakikolwiek chichot. Odwracając się w stronę dźwięku zobaczył One Direction. No kurwa przecież, kto inny mógłby to być z jego szczęściem. Gdy już cicho wycofywał się, ze wzrokiem wbitym w podłogę, chcąc być jak najmniejszym, usłyszał nawoływanie.
-Harry! Harry Styles, to ty?! - krzyczał Louis. Powoli podniósł ponownie wzrok na czwórkę chłopców, lecz w tym momencie wszystkie pary oczu były wbite w niego.
-Kurczę, subtelny jesteś Louis - zaśmiał się, gdy był już prawie przy stoliku.
-Harold! Dobrze cię widzieć! Przywitaj się i siadaj, zajebiście pojemy - zaśmiał się blondyn. Po tych słowach chłopak od razu spojrzał na drugą połowę zespołu, przyklejoną do siebie.
-Zayn Malik - mulat uścisnął mu dłoń na co kiwnął głową.
-Liam Payne - przedstawił się drugi chłopak, siedzący kawałek dalej, posyłając łagodne spojrzenie. Na końcu uśmiechnął się promiennie.
-Co ty taki smętny? - dopytał po chwili Niall.
-Głowa mnie trochę boli - powiedział półprawdę bawiąc się palcami. Gdzie ten odważny Harry?!
-Włóż do ryżu - odpowiedział z kamienną twarzą na co ten uśmiechnął się krzywo. W tym momencie Louis zrobił mu miejsce na kanapie, by mógł usiąść, co natychmiastowo uczynił.
-Przepraszam, za tego zjeba. Ma naprawdę słabe poczucie humoru - powiedział brunet na co chłopak z sarnimi oczami pokiwał głową i objął jego ramię. Tak, z całą pewnością są razem.
Po jakimś czasie, gdy już zamówili swoje dania, rozmawiali w najlepsze. Aktualnie dyskutowali o zakupie nowego auta, by zespół mógł jeździć w weekendy za miasto. Louis, oderwany od konwersacji, wyglądał jakby bił się z myślami.
-O co chodzi? - spytał Harry.
-Należysz do kogoś?
-Nie jestem rzeczą, żeby do kogoś należeć.
-A więc nie... - zamyślił się spowrotem. Niall, siedzący najbliżej, najwyraźniej usłyszał ich krótką wymianę zdań, bo poruszył się niespokojnie.
-Wyczuwam napięcie seksualne - westchnął melodyjnie na co Tomlinson wywrócił oczami, co ten zobaczył kątem oka.
CZYTASZ
cyrograf | larry stylinson
FanfictionCzasem w życiu następuje taki moment, gdy stoimy pod ścianą. Nie możemy się ruszyć. U Harry'ego nie jest to moment, a całe, dotychczasowe, szesnastoletnie życie. Czeka na coś co zmieni jego opłakaną rutynę. Gdy już traci nadzieję, pojawia się sar...
