22

167 18 1
                                        

Słyszał ciche kroki tuż za swoimi plecami, ale nie zamierzał się odwracać.

-Nogi mam brudne, bo obecność wszystkich to grząskie bagno. Primo, jesteś wyjątkiem. Primo drugie, moi rodzice właśnie tu jadą i znowu zażyję kąpieli błotnej.

-To oznacza, że mam wyjść? - zapytał Harry patrząc starszemu prosto w oczy.

-Czuję się zobligowany by cię tu zatrzymać - zaśmiał się z przekąsem - Postaram się żebyście nie musieli się długo i często widywać.

Młodszy chłopak uśmiechnął się na to. Louis naprawdę o nim myśli. Ludzie zazwyczaj pytają czemu to robi, lecz on nie wie. Przez większość czasu jest po prostu pewny, że nie istnieje naprawdę. Louis taki nie jest, on jakby doskonale wie gdzie wytyczone są granice kędzierzawego. Chłopak nie czuje się dobrze z tym, że jest tak problematyczny. Żałuje tego jaki jest, chciałby być inny za wszelką cenę. Jest bałaganem, burzą w szklance wody, pasożytem. Każdy czuje do niego należytą awersję. Jest doszczętnie zdewastowany.  Nie pasuje do schematu biegu życia, odstaje w każdy możliwy sposób. Nie potrafi i nie chce się dopasować, bo brzydzi się nimi. Jego chęć odbiegania od normy odbija się na nim i wszystkich wokół, ale nie widzi szans na zmianę. Nie wie już, czy celowo odpycha wszystkich wokół, czy tak rzeczywiście lepiej jest dla obu stron tej zawrotnej walki. Nie jest ona do końca zawrotna, bo tak naprawdę historia powtarza się w kółko będąc monotonną i depresyjną grą bytu ludzkiego.

Bierze maksymalnie duże wdechy samemu nie będąc odpowiednio natlenionym i zaraz zabierając innym potrzebne powietrze. Jemu również jest ono potrzebne, ale, o ironio, nikt nigdy nie nauczył go oddychać. Za każdym razem jak się szczerze śmieje, jego serce płacze wiedząc, że to tylko chwilowe. Wielu mówiło, że zostanie on na długo w ich życiu, a sami pouciekali nie patrzą nawet na suche spojrzenia chłopaka. Przyzwyczaił się już dawno, chyba nie boli. Tylko on umie siebie zranić, ale jak to robi to pragnienie tego czegoś wyparowuje. Świat jest wyścigiem, a on nawet nie wystartował. Jego ambicją jest przegrać bez świadków, ale trochę na to za późno. Jego głośne myśli zagłuszają wszystkie głosy z zewnątrz. Musi przestać wierzyć we wszystkie swoje twierdzenia. Zakopał twarz w swych rękach po czym oparł się o parapet starając się odgonić swoje symbiotyczne treści.

-Jak się czujesz? Nie wyglądasz najlepiej..

-Nie czuję. A ty? - na tą odpowiedź Louis dostał gęsiej skórki którą Harry momentalnie zauważył krzywiąc się nieznacznie.

-Trochę się stresuję, szczerze mówiąc. Dawno ich nie widziałem - westchnął - Właśnie podjechał ich samochód. Chodź, pójdziemy się chociaż przywitać.

Gdy już znaleźli się na dole czekając na państwa Tomlinson, drzwi się rozwarły i szykowne małżeństwo z, wyjątkowo, oziębłym wyrazem twarzy pojawiło się. Szatyn miło się przywitał z należytym szacunkiem, a młodszy starał się dobrze odwzorować zachowanie kolegi co i tak najpewniej mu nie wyszło. I tak w życiu nie chodzi o pokorę której uczą nas za młodu oczekując ślepego posłuszeństwa. Ich oczy były bez głębi, można byłoby wstawić w nie dosłownie wszystko.

Mark - bo tak nazywał się ojciec starszego - spojrzał w oczy syna uśmiechając się lekko i sztucznie. To wtedy zaczął go zabijać kolejny raz. Raczej miał świadomość, że właśnie morduje własne dziecko bo podchodzi i przyciska go do siebie, ale Louis nie potrafi rozluźnić się na tyle, by dać się prawidłowo objąć. Pod skórą wszystkie mięśnie i ścięgna są napięte do granic możliwości sygnalizując zagrożenie. Harry to widzi, poznał mowę ciała chłopaka co wprawia go w zakłopotanie. Co teraz powinien zrobić? Wie, że nie musi milczeć, ale by się odezwać trzeba mieć przyzwolenie, a w zimnych oczach oplecionymi zmarszczkami zdecydowanie ich nie ma.

To teraz Styles zauważył dlaczego Louis to Louis. Teraz widzi, że ten wręcz bezduszny człowiek obok małego chłopaka go stworzył, a zarazem zniszczył. Na przykładzie młodego Tomlinsona widać jak tragiczny wpływ ma społeczeństwo na jednostkę. To właśnie ich łączy. Pożera głodnym spojrzeniem tą obrzydliwą scenę przed sobą chcąc zapamiętać jak najwięcej szczegółów tego dziwnie nieidealnego życia kolegi. Pozory mylą jak jasny chuj. Miał świadomość braku perfekcji jego życia, lecz dopiero teraz zrozumiał, że szatyn miał tak bezpośrednią styczność z brutalną rzeczywistością. Połączył wszystkie puzzle.

Nagle Louis spojrzał zamglonym wzrokiem na kędzierzawego. Każde miejsce dokąd zmierzasz to przystanek na żądanie, jeśli go przejedziesz będziesz za daleko. On musi pamiętać, by wysiąść w punkcie docelowym. Szatyn szybko odłączył się od toksycznego towarzystwa tłumacząc siebie i kolegę.

-Dlaczego to tak wygląda? - zapytał młodszy, gdy już trochę się oddalili.

-Ściany mają uszy - szepnął po czym zaprowadził chłopaka za nadgarstek do, prawdopodobnie, swojego pokoju.

-Oni niczego nie żałują - odetchnął opierając się o drewnianą powłokę którą przed chwilą zamknął trzęsącymi się dłońmi.

-Osoby które niczego nie żałują, albo nic nie przeżyły, albo mają w poważaniu wszystkich innych. Zawsze jesteś czemuś winien.

cyrograf | larry stylinsonOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz