-Och, w porządku. To przyjdę później albo jutro w takim razie - uśmiechnął się chcąc już odchodzić, lecz wtedy kobieta zaczęła szlochać - Przepraszam, powiedziałem coś nie tak?
-Nie będzie go, ani dziś, ani jutro, Louis - zacisnęła oczy kręcąc głową - Cholera, wybacz. Harry tydzień temu popełnił próbę.
W jednej chwili wszystko ucichło. Gwar go wciąż otaczał, samochody jeździły, wiatr grał nieprzeniknione melodie. A on nawet nie mrugał będąc zbyt zaabsorbowany swoimi myślami. Pierdolone momento mori.
-Próbę? - zapytał ledwo słyszalnie. Wiedział, że Harry ma czasem ciche dni, ale nie miał jebanego pojęcia, że ten chłopak balansuje na krawędzi. W jego głowie było teraz tylko zapętlone proszę okłam mnie, proszę okłam mnie, proszę okłam mnie. Nie był gotowy usłyszeć o śmierci kędzierzawego przyjaciela. Z tego napięcia momentalnie zmiękły mu kolana, ręce zaczęły się trząść, a kark został oblany przez zimny pot.
-Próbę samobójczą. Obecnie jest w szpitalu świętego Tomasza. - odpowiedziała płaczliwie. Na ostatnie zdanie Louis wypuścił długo wstrzymywany oddech. Nagle poczuł pilną potrzebę podtrzymania się czegoś więc w jednej sekundzie doskoczył do ściany budynku starając się oddychać równomiernie. Musi go odwiedzić.
-Dlaczego nie ma pani przy nim? - zapytał ledwo ukrywając złość i pretensje do kobiety. Ta wytłumaczyła mu po krótce jak Harry po "incydencie", jak to nazwała, gorączkowo odpychał każdego kto tylko przyszedł w odwiedziny. Tomlinson niedługo później już tłukł się pierwszą taksówką przez przekoorkowane ulice Londynu podążając wprost do chłopca którego już miało tu nie być.
Nie spodziewał się, że dostanie się do Harry'ego będzie przypominać scenę z filmów jak główny bohater od razu, bez przeszkód, wpada na osobę która, paradoksalnie, leży gdzieś głęboko w sercu szpitala. Jego pospieszna wizyta bardziej przypominała gorączkowe bieganie w poszukiwaniu lekarza, nieprzytomne tłumaczenie Niall'owi co się stało i podszywanie się pod brata zielonookiego. A wszystko to trwało w jego odczuciu niewiarygodnie długo. Chociaż i tak jak na standardy szpitala publicznego był to całkiem niezły czas. Gdy już jakimś cudem udało mu się przekonać lekarza, który akurat w tym momencie sprawował opiekę nad zdrowiem Styles'a, że rzeczywiście jest spokrewniony z niedoszłym nieboszczykiem zaczął literalnie biec wprost do sali w której leżał. Stojąc przed drzwiami zaczął się "lekko" hiperwentylować. A co jeśli ten go przegoni? Nie mógłby, prawie go stracił na zawsze, nie pozwoli na odrzucenie. Z tą myślą nacisnął metalową klamkę i przeszedł przez próg.
Chłopak miał całe opuchnięte oczy, a tuż pod nimi znajdowały się sine ślady zmęczenia. Na całych przedramionach znajdowały się rażąco białe opatrunki, które barwą pasowały do ściany przy której leżało jego łóżko. Kroplówka podłączona to jego zgięcia w łokciu przypominała sznurek od kukiełki którą włada bezwzględny los. Usłyszawszy dźwięk otwierających się drzwi odłożył zmaltretowaną książkę która z pewnością była starsza od niego samego. Podniósł obcesowe spojrzenie które momentalnie zmiękło na widok gościa. Przeleciał postać Louisa wzrokiem przekrwionych zielonych ślepi, a jego usta lekko się rozchyliły jakby lada moment miało z nich uciec jakieś słowo, lecz ten tylko pilnie i nieprzerwanie wpatrywał się na chłopaka po jego prawej.
-Co się stało? - spytał niewyraźnie szatyn, gdy w końcu dał radę coś powiedzieć na głos.
-Nie wiesz?
-Wiem, ale chcę to usłyszeć od ciebie - odpowiedział niewzruszony defensywną postawą kędzierzawego.
-Ciężko jest chcieć żyć, gdy nienawidzisz siebie, każdego poprzedniego dnia, każdego przyszłego dnia, każdej myśli, każdego usłyszanego i wypowiedzianego słowa, każdej wykonywanej czynności, każdego miejsca, a nawet wszystkich znanych ci osób - wydusił patrząc wprost sztormowe oczy Louisa. Na ostatnią rzecz z wymienionych skrzywił się jeszcze bardziej. Musi wyjść ze swojej głowy i zająć się właścicielem burzy loków naprzeciwko - Chciałem być martwy, a jestem żywy. W najgorszym możliwym tego słowa znaczeniu.
-Naprawdę mi przykro Harry, że nie byłem w stanie ci jakkolwiek pomóc. Może teraz, będąc świadomym, zrobię więcej niż nic - wyszeptał wciąż będąc po drugiej stronie sterylnie czystego pokoju bojąc się zrobić krok naprzód jakby ziemia pod nim miała się od razu zapaść. W jego oczach powoli narastały łzy bezsilności. Tak cholernie mu zależy na tym chłopcu, ale nawet nie wie czy potrafi go rzeczywiście uratować.
-Pewnie jestem egoistycznym kawałkiem gówna, ale.. co ja pierdole. Jestem napewno zajebiście samolubny, ale rzecz w tym, że nie potrafię docenić i zrozumieć, że komuś naprawdę na mnie zależy. Nie było za dużo osób w moim życiu które nie miały mnie w poważaniu, musisz to zrozumieć - wyjaśnił powoli. Louis teraz zrozumiał. Najzwyczajniej w świecie musi po prostu wbić do tej ślicznej główki jak jest dla niego ważny. Najpewniej będzie to niesamowicie mozolny proces, ale warty tego całego czasu. On jest warty każdego czasu.
-Nie wszystkie rzeczy da się tak po prostu wybaczyć i zapomnieć, ale czasami wystarczy je odsunąć na bok i pozwolić, by stopniowo traciły na znaczeniu.
-Dopiszę to do listy "rzeczy które muszę zrobić, by stać się normalny" - uśmiechnął się krzywo.
-Każdy jest normalny. Nikt nie jest idealny i bez skazy. Jesteś, Harry, taki jaki powinieneś być. Zaufaj mi.
-Po prostu ciągłe modlenie się o śmierć co noc, przed snem może trochę przytłaczać. Tak, brzmi to co najmniej specyficznie, ale dopóty sam tego nie wcielasz w życie tak długo, aż staje ohydną rutyną - Louis pojmował. No może nie do końca, ale był w stanie zrozumieć jak czuje się człowiek który jest przytłoczony. I właśnie między innymi dlatego będzie starał się podtrzymać go przy życiu najdłużej jak się tylko da. Za każdą możliwą cenę.
CZYTASZ
cyrograf | larry stylinson
FanfictionCzasem w życiu następuje taki moment, gdy stoimy pod ścianą. Nie możemy się ruszyć. U Harry'ego nie jest to moment, a całe, dotychczasowe, szesnastoletnie życie. Czeka na coś co zmieni jego opłakaną rutynę. Gdy już traci nadzieję, pojawia się sar...
