27

149 18 7
                                        

*poniższy tekst zawiera treści wrażliwe*

Niedługo później do Louisa wpadło kilku gości, a właściwie był to Liam, Zayn i Niall. Harry w zasadzie ucieszył się z takiego obrotu spraw.

-Harreh! - wykrzyknął blondyn biorąc młodszego w ramiona - Zagrajmy coś, dawno się nie widzieliśmy - prosił robiąc szczenięce oczy, jakby już zostało przesądzone, że ten dziś nie zaśpiewa.

-Horan, dosłownie kilka dni temu się spotkaliśmy - przewrócił oczami mimo wszystko uśmiechając się lekko. Chłopak zdecydowanie roztaczał pozytywną energię.

Pomimo braku jakichkolwiek instrumentów, nie licząc gitary w pokoju szatyna, chłopcy zdecydowali, że zaśpiewają jeden z utworów który Tomlinson ostatnio napisał. Gdy Niall dzierżył już gitarę, a kędzierzawy kartkę z tekstem, Liam zaczął śpiewać dwie pierwsze zwrotki.

You tell me that you're sad and lost your way
You tell me that your tears are here to stay
But I know you're only hiding
And I just wanna see you

You tell me that you're hurt and you're in pain
And I can see your head is held in shame,
But I just wanna see you smile again
See you smile again

Niall uśmiechając się krzywo popatrzył na bruneta myślami, jakby będąc gdzie indziej. Całkiem daleko stąd. Teraz blondyn zaczął krótki, aczkolwiek efektowny popis swojego wokalu.

But don't burn out
Even if you scream and shout
It'll come back to you
And I'll be here for you

Po tych słowach cały zespół, bo chyba można było ich tak już nazwać, zaczął wspólnie pracować głosem.

Oh I will carry you over
Fire and water for your love
And I will hold you closer
Hope your heart is strong enough
When the night is coming down on you
We will find a way through the dark

Pomimo planowanego wersu Harry'ego i reszty Zayna to właśnie Louis zaczął śpiewać.

I wish that I could take you to the stars
I'd never let you fall and break your heart
And if you wanna cry or fall apart
I'll be there to hold you

Kilka łez pociekło po rumianych policzkach najstarszego co przestraszyło Nialla do tego stopnia, że zaprzestał grania.

-Przepraszam - załamał mu się głos potrząsając głową, jakby chciał odgonić nowe łzy które wciąż kumulowały się w jego sztormowych oczach.

-To dość emocjonalny utwór. Nie psujmy sobie humorów - wyjaśnił Harry'emu odkładając gitarę na krzesło. Podszedł do Louisa i wytarł mu mokrą twarz rękawem koszuli uśmiechając się pocieszająco.

-Rozumiem całkowicie, nie ma sprawy - odparł śmiejąc się ponuro. Zdecydowanie nie był dobry w pocieszaniu, czy czym to w zasadzie teraz było.

-Myślę, że dobrze się złożyło, jest po ciszy nocnej, lepiej jej już nie zakłócać - wtrącił mimowolnie Zayn.

Chłopcy pogadali jeszcze kilkadziesiąt minut popijając piwo, nie licząc Liama który prowadził i Harry'ego którego wytłumaczeniem nie była co prawda niepełnoletność, aczkolwiek niespotykanego dla niego odrzucenia poprzez wizję alkoholu w jego ustach.

Trójka nastolatków zaczęła się zbierać tłumacząc późną już godziną, co prawda rzeczywiście dochodziła prawie północ. Wyściskali dwójkę przyjaciół prawie tak mocno, jakby mieli się już nie spotkać. A może Stylesowi się wydawało? Schował tę myśl z tyłu głowy, by te gorzkie słowa przypadkiem nie wyciekły spomiędzy jego pozagryzanych warg.

Po ich wyjściu czuł, że cisza uderzała go prosto w twarz. Ciosy były tak mocne, aż myślał, że zaraz upadnie. Podparł się o ścianę w holu myśląc nad tym co jeszcze powinien powiedzieć. Z trudnej sytuacji uratował go Louis pytając, czy nie chce zostać odprowadzony ze względu na mroczne i zacienione ulice. Ten jedynie pokręcił głową czując jak w jego gardle rośnie gula nie do przełknięcia.

-Żegnamy się już drugi raz dzisiaj, nie jesteś mną zmęczony?

-Musiałem to zrobić - wymamrotał wciskając Conversy, biorąc plecak i zarzucając kurtkę na ramiona. Na pożegnanie Tomlinson wtulił się w ciało kolegi poklepując go lekko po plecach. Harry wyszedł, a ten obserwował jego postać w drzwiach tak długo, aż stracił go z oczu.

Zielonooki nie chciał pocieszać Louisa mimo tego, iż widział, że coś nie gra. Słowa, że wszystko się ułoży to płytka obietnica na którą nie masz wpływu. Sam nie lubił słyszeć płytkich obietnic także i sam ich nie składa. Nic się nie ułoży, a ty będziesz pierdolonym kłamcą. Według niego lepiej oszczędzić tego zawodu drugiej osobie.

Harry szedł wsłuchując się w słabo padający deszcz. To była jedyna możliwość bycia bez słuchawek. Deszcz. Deszcz który ukaja wszystko w tobie, całą złość, nienawiść, smutek, czy żal. Niestety ten wciąż czuł się w jakiś nieokreślony sposób wybrakowany. Jak to jest być nastolatkiem który chce żyć? To niedorzeczne. Co on robi? Mimo wielu myśli które zacinały o siebie nawzajem szedł wytrwale do celu. Jego celem był brzeg Tamizy. Pomimo zabudowanych boków koryta rzeki ten znał jedno, szczególne miejsce które było całkiem przyjemne. W lato, wiosnę był to kawałek zielonej trawy który magicznie błyszczał w słońcu, lecz teraz pewnie bardziej przypomina teren podmokły w warunkach polowych. Mimo wszystko to go nie zniechęciło, miał sentyment to tej przestrzeni. To była jego własna strefa. Strefa Harry'ego.

Deszcz powoli zamieniał się śnieg, a temperatura spadała wraz z poczuciem wartości chłopaka. Ale tak już jest i będzie. Tak bardzo wstydzi się swoich uczuć i emocji, że okazuje je w sposób bardzo pośredni, wyśmiewa, albo ukrywa tak długo, aż się nimi dławi. Mimo wszystko jednak ludzie wciąż go upewniają w przekonaniu, że dobrze robi nie okazując ich. Może jest wybredny? Może powinien najpierw dać coś od siebie, wykrzesać trochę entuzjazmu, włożyć w to wszystko minimum wysiłku, a dopiero potem krytykować? Na próbę spróbował się uśmiechnąć do pruszącego już nieba. Boże, jak on siebie nienawidzi.

Dotarł do strefy Harry'ego. Przysiadł pod wierzbą która w tym momencie już płakała za niego. Była lekko łysawa przez co przepuszczała trochę białych płatków, ale jemu w tej chwili to nie przeszkadzało. Bez myśli jest inny. Jest pusty. Nie czuje już właściwie nic. Zupełnie nic. Wliczając w to mokre spodnie które niemiło przyklejały się do jego nóg.

Zaczął dokładnie przeszukiwać swój plecak, aż natrafił się na listek leków przeciwbólowych i skrupulatnie zapakowaną prostokątną paczuszkę. Zdjął kurtkę wsłuchując się w jej szelest, powiew wiatru i obijających o siebie nawzajem niezadowolonych gałęzi drzewa obok. Wziął butelkę wody i leki. Każdą pojedynczo wypakował ze swojego dotychczasowego miejsca pobytu przerzucając ją na siną dłoń. Lubił dźwięk rozrywającego się blistra, kojarzył mu się z błogością i pewnego rodzaju ukojeniem. Wziął całą garść wrzucając sobie do ust i prędko popił wodą. Podwinął rękawy zielonej bluzy Louisa i zaczął odpakowywać małe zawiniątko. Gdy już wyjął jedno z wielu ostrzy sprawdził jego ostrość na opuszku palca wskazującego.

-Ostre - szepnął - to dobrze - uśmiechnął się nikle.

Wpatrując się w swoje przedramię wykonał pierwsze, głębokie cięcie. Przy tym skrzywił się mocno i zasyczał, lecz się nie poddawał. Wręcz maszynowo wykonywał kolejne ruchy. Był zbyt zaabsorbowany tym co widzi by odwrócić wzrok. Na zmianę pracował na obu rękach resztkami sił. Krew szybko wypływała z kruchych rąk chłopca. Gdy nie był już w stanie się ruszyć upuścił żyletkę na zaśnieżone podłoże. Wlepił zamroczone spojrzenie w ciemne niebo. Białe okruchy spadały wprost na jego twarz i ręce luźno ułożone po obu jego stronach. Krew zalewała biały puch tworząc urokliwy kontrast. Niemalże słyszał jak strużki ciemnej cieczy sączą się z jego wnętrza. Powieki stały się znacznie za ciężkie, więc je zamknął. Było prawie całkowicie czarno. Tylko dwa niebieskie świetliki jarzyły się gdzieś w oddali.

Zasnął.

cyrograf | larry stylinsonOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz