30

159 16 6
                                        

To oni nas niszczą. Nigdy to nie jest nasza wina. Jasne, możesz zostać nazwanym "autodestrukcyjnym", albo "masochistycznym kawałkiem gówna", ale ta chęć doszczętnego zniszczenia siebie i wszystkiego co cię otacza z czegoś wynika. To nie jest, kurwa, tak, że wstajesz z rana i myślisz "O, hej, dziś się zjaram, a potem potnę zalewając się łzami". Pojebało cię zupełnie jeśli sądzisz, że takiego życia właśnie pragniemy. Ale tego nie da się cofnąć. Tak samo jak twoich słów, że to idiotyczne z naszej strony, bo jak można chcieć się zajebać, prawda?

Obyś tego nigdy nie doświadczył i nie gnił coraz bardziej z dnia na dzień jak my wszyscy. Obyś szczęśliwie sobie dryfował w tej jebanej bańce gdzie nie jesteś w stanie odpowiednio zrozumieć tego cholernego smutku z każdego kolejnego zaczerpniętego oddechu. Obyś naprawdę żył, a nie tylko egzystował nazywając to "życiem" choć tak bardzo nie chcesz tu być. Życzę ci zwykłego uśmiechu, tego nie wymuszonego za każdym razem, tego który trwa dłużej niż ułamek sekundy, aż znowu przypomina ci się kim jesteś.

Powiesz, że jestem zbyt dosadny i patetyczny, ale to jest właśnie to co realnie czuję codziennie. Z tym właśnie się zmagam. By nie rzucić wszystkiego i po prostu nie podciąć sobie żył podczas jednej z wielu dotychczasowych kąpieli. Bo nie jestem takim egoistą jak ty. Wystarczy spróbować zrozumieć co właśnie czujemy. To takie proste, a jednak ponad twoje siły. Łatwiej przecież śmiać się z tego co się z nami dzieje. Pewnego dnia będziesz jednym z wielu powodów kogoś. Już nie będziesz się tak bardzo różnił od nas. Nie będziesz mógł się cofnąć. Nie wskoczysz z powrotem do magicznej bańki szczęścia. Obyś tylko nie musiał zrozumieć co się dzieje od naszej strony.

Harry po raz któryś z rzędu korektował swoją zawiłą przemowę w głowie. Czekał, aż będzie mógł powiedzieć te słowa swojej matce, siostrze, przyjaciółce, kolegom ze szkoły. Mimo wszystko z tyłu jego głowy była świadomość tego, że patrząc w oczy tych wszystkich ludzi podda się i nie odezwie się wcale. Dokładnie tak jak dotychczas. Myśl, że może zostać zlekceważony poraz kolejny, pomimo próby samobójczej na koncie, wystarczająco odbiera mu motywację to wygłoszenia monologu komukolwiek.

Wie, że tylko po trawce albo procentach nie ma filtrów. Mówi wszystko. Czasem ten brak kontroli nad tym co wypływa z jego ust jest zbawienny, a czasem skrajnie niszczycielski.

Nagle z myśli wyrywa go skrzypnięcie drzwi - Hej, Hazz - mówi cicho Louis uśmiechając się niepewnie.

-Cześć, Louis.

-Co tam porabiasz? - pyta trochę odważniej podchodząc do szpitalnego łóżka zawieszając swój wzrok na bandażach które owijają się wokół wątłych przedramion, niczym węże, bez możliwości na wydostanie się z sideł śliskich drapieżników.

-Myślę - odparł lekko podirytowany. Czy on może przestać się tam patrzeć?

-Och, to może ja już pójdę, jeśli wolisz pobyć sam - Harry na te słowa momentalnie otrząsnął się ze swojej złości na kolegę łapiąc go niczym kotwice w czasie najpodlejszego sztormu. Po chwili jednak się zreflektował i poluźnił uścisk na dłoni szatyna.

-Nie waż się mnie teraz zostawiać, Tomlinson.

-A więc nad czym zastanawia się ta twoja piękna głowa? - spytał rozchmurzony.

-Wyzbyłem się wszelkich zasad, gdy zrozumiałem, że nie chcę żyć - zaczął temat nad którym debatował przed tworzeniem "wielkiej" przemowy. To było zbyt intymne - Carpe diem, rozumiesz. Ale może właśnie ta pierdolona rutyna odciągała mnie od myśli samobójczych.

-Mimo wszystko co to za różnica, czy wyniszczasz się świadomie, czy podświadomie. To nie jest tak, że wybrałeś sobie to samopoczucie, Harry. Nie myśl sobie, że na cokolwiek co ci się przytrafiło miałeś albo masz wpływ.

Czy on właśnie powiedział dokładnie to co kędzierzawy chciał i potrzebował usłyszeć? Czy ukrywa swoją drugą tożsamość i tak naprawdę jest jakimś psychologiem? A może czyta mu w myślach? O kurwa. Jak już ma wybierać to lepiej żeby pierwsza opcja była prawdziwa. Ale on ma prozaiczne problemy, Jezu. Charakter też zresztą. Dobrze, za to, że jego aparycja jest urzekająca. A, nie, czekaj.. Zaśmiał się w duchu. Przed państwem największy krytyk Harry'ego Stylesa. Harry Styles we własnej osobie. To co teraz robi jest skrajnie kuriozalne.

-Kiedy wychodzisz? - zapytał znienacka.

-Pod koniec tygodnia, ale potem pewnie od razu polecę do psycha - wywrócił oczami na wizję o pobycie w szpitalu psychiatrycznym.

-Psycha? - zapytał wystraszony spoglądając na niego dużymi, niebieskimi oczami.

-No tak, psychiatryka.

-A jest opcja, żeby nie? Chyba, że sądzisz, że to rzeczywiście dobry pomysł - zaczął się plątać.

-Oczywiście, że nie chcę tam trafić. Jeśli załatwisz, żeby Anne umówiła mnie do terapeuty i psychiatry w zamian za to jebane więzienie, to może nie będę musiał tam iść - zaśmiał się Harry.

-Załatwię - pokiwał gorliwe głową bez cienia żartu na twarzy co mocno zaskoczyło chłopaka.

-Czekaj, serio? Zrobiłbyś to dla mnie? Możesz podać argument tego, że jeśli będę tak długo odseparowany to naprawdę coś mi siądzie na łeb. Anne cechuje apatyczna postawa, ale może zrozumie, że wcale nie będzie lepiej.

-Wywierce jej dziurę w głowie jeśli będzie potrzeba, masz moje słowo - zasalutował obiecując. Brunet stwierdził, że może jednak da radę jeszcze trochę tutaj wytrzymać jeśli chłopak obok nie postanowi go opuścić.

cyrograf | larry stylinsonOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz