Nightmare

23 7 5
                                        

Po swojej wypowiedzi z powrotem wróciłam do Theo, który stał i rozmawiał z Loreen i Sonią. Dziewczyny po tym jak powiedzieliśmy, że szukamy ludzi, którzy są powiązani z medycyną, od razu się do nas zgłosiły,mówiąc, że jeszcze w paru blokach są ludzie, którzy byli studentami medycyny.

-Gdzie się nauczyłaś takiego ruchu? - podbiegła do mnie Sonia, która była w moim wieku, a jej rodzice byli znanymi lekarzami w Los Angeles. Uśmiechnęłam się do niej, jak i do reszty, podchodząc bliżej Theo.

-Powiem szczerze, że tylko chodziłam na treningi, które fundował mi tata mojego przyjaciela i nic więcej. - wzruszyłam ramionami, ściskając kitkę, która trochę się rozluźniła.

-Dziewczyno, ty to powinnaś tutaj tych wszystkich ludzi zwerbować do zaczęcia trenowania, bo patrząc na nich to mam złe przeczucia, jeśli chodzi o walkę jakąkolwiek. - rzekła Loreen, krzyżując dłonie na piersi.

Uśmiechnęłam się jedynie do dziewczyny, jednak nic nie odpowiedziałam, bo nie wiedziałam co dokładnie jej odpowiedzieć. Zgodzić się, czy może jednak zaprzeczyć? Ani ta, ani ta alternatywa nie dawała rezultatów, takich jakie chciałam. Więc stałam, słuchając dalszej rozmowy Loreen z Theo na temat studiów, na których byli.

W pewnym momencie poczułam jak ktoś lekko ciągnie mnie za materiał bluzy. Odwróciłam się, krzyżując wzrok z Sonią, która patrzała się na mnie z zaciekawieniem.

-Zgadzam się z Loreen na temat tego, żebyś zaczęła uczyć nas walki. - odparła, kierując się ze mną na podwyższenie, gdzie usiadłyśmy. Tutaj widok miałam na wszystkich zgromadzonych na placu. - Ale wiem też, że ty byś nie chciała i nie zmuszam cię do podjęcia decyzji.

-Nie chodzi tutaj o to, że nie chcę tego robić. - odparłam, zamykając oczy na chwilę. - Boję się co o mnie inni ludzie pomyślą. "Dziewczyna z bogatej rodziny, która tak naprawdę mogła wszystko dostać." - zacytowałam jednego chłopaka, który kiedyś uwziął się na mnie w podstawówce.

-Chrzanić co mówią inni - rzekła dziewczyna, uśmiechając się do mnie. - Niech mówi i trudno. Ty sama wiesz co jest dla ciebie i twoich bliskich dobre, a nie jakieś mendy, które zazdroszczą ci danej rzeczy. -Sonia zeskoczyła z podium i stanęła przede mną. - W tym mieście, tak jak Devon powiedział, nie liczy się z jakiej rodziny pochodzisz, tylko jak bardzo troszczysz się o tych, za których jesteś odpowiedzialna. A ty, - pokazała na mnie z uśmiechem - Jesteś osobą, w której inni powinni wiedzieć autorytet.

Uśmiechnęłam się do dziewczyny, schodząc z podwyższenia i przytulając się do niej.

-Dziękuję, że we mnie wierzysz - szepnęłam.

-Zawsze warto wierzyć we wszystkich ludzi. - odparła, kiedy oderwałyśmy się od siebie. - No dobra prawie we wszystkich. - mówiąc to, pokazała głową w stronę murów, dając do zrozumienia, że chodzi jej o tamtych ludzi. Na jej słowa wybuchnęłam śmiechem, a dziewczyna po mnie.

Kiedy umilkłyśmy rozejrzałam się wokół siebie. Ludzie, którymi się teraz otaczam, dawali mi poczucie bycia zwykłym człowiekiem, nastolatką, taką jaką kiedyś chciałam być. Bez zasad, z przyjaciółmi, w uśmiechu i bez udawania, że moje życie się powoli sypie i umieram od środka.

Przez resztę dnia spędziliśmy na rozmowach i omawianiu ogólnych spraw, takich jak dogadanie się komu dać klucze do laboratorium i szpitala, ustalenie kto i kiedy będzie w szpitalu jeśli ktoś będzie potrzebował pomocy, znalezienie osób, które by chciały prowadzić "zajęcia" z walki i omówienie, kiedy je zrobić.

W końcu, po sześciu godzinach na nogach, powoli wracaliśmy do mieszkania. Ledwo żyłam, a moje nogi powoli odmawiały posłuszeństwa, w trakcie wchodzenia po schodach na ostatnie piętro. Jednak kiedy stanęliśmy przy drzwiach, mój wzrok skierował się na kolejne schody, które prowadziły o piętro wyżej.

ZakażeniOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz