Rafe
Narkotyki nie były mi niezbędne do życia. Chciałem tylko spróbować, chciałem się dzięki temu rozluźnić. Jednak po tym jednym razie mogłem śmiało powiedzieć, że to nie dla mnie. Nigdy więcej nie planowałem sięgać po tego typu używki. Na drugi dzień czułem się cholernie źle, snułem się niczym cień, do tego na treningu nie mogłem się skupić, przez co Jason był niezadowolony. Robiłem dobrą minę do złej gry, chociaż mało kto nabierał się na tą maskę. Chodziłem bardziej nabzdyczony niż do tej pory. Sam nie wiedziałem dlaczego. A może wiedziałem, ale nie chciałem mówić o tym głośno, żeby nie wyprowadzać się bardziej z równowagi. Dlatego zapominałem o tym co się wydarzyło. Przynajmniej do naszego kolejnego spotkania, kiedy będę musiał znowu się skonfrontować z laską z niewyparzonym językiem.
Pod tym względem jesteście podobni. Przecież ty też nie umiesz się pohamować. Nigdy nie umiałeś, zawsze mówiłeś to, co ci ślina na język przyniosła. I ona jest taka sama. Może cię zdetronizować, Rafe, jeśli pozwolisz odebrać sobie kontrolę oraz pieprzoną władzę. Urwała się z pieprzonej palmy, i myśli, że cokolwiek ugra w twojej sprawie. Jednak cię nie zna. Załatwisz ją tak samo, jak załatwiałeś wszystkie porachunki i trudne sytuacje. Ona jest sytuacją, tylko tyle. A każdą sytuację można rozwiązać, bądź sprawić, by magicznie zniknęła.
- Dobrze, że cię widzę.- odezwałem się kiedy tylko Leo wszedł na siłownię. Zatrzymał się, spojrzał na mnie z zaciekawieniem.- Musimy porozmawiać. Siadaj.
O dziwo właśnie to zrobił, a ja stanąłem zaraz przed nim. Nawet nie wiedziałem o co dokładnie zapytać, jednak musiałem jakoś ubrać myśli w słowa. Przesunąłem dłonią po mokrych od potu włosach, a potem rozpocząłem swój wywód.
- Mam na to miesiąc, niecały. Potem wyjeżdżamy i trochę nas nie będzie, a ja nie mogę wyjechać, kiedy ktoś sobie ze mną pogrywa. Nie będę wtedy skupiony, więc załatwię sprawę od razu. Powiedz mi, drogi przyjacielu, w jaki sposób odkryłeś słabe punkty Fleur?
Leo uniósł wysoko brwi, zaśmiał się cicho, a następnie pokręcił głową. Rzucił torbę na podłogę. Nie patrzył na mnie na początku, a dopiero po chwili przekręcił głowę by nasze oczy mogły się spotkać.
- Obawiam się, że ta kobieta nie ma słabych punktów. Chyba, że mnie.- prychnął.- Ewidentnie mięknie na mój widok, no i czemu się tu dziwić.- puścił mi oko.- W sumie dziwne pytanie jeśli chodzi o twoją osobę. Mi się wydawało, że doskonale wiesz jak uderzyć w czułe punkty kobiet.
Przewróciłem ostentacyjnie oczami. Zaplotłem ramiona na klatce piersiowej, a mój wzrok nic nie wyrażał. Był znudzony oraz zblazowany. Natomiast Leo śmiał się w najlepsze, jakby właśnie mnie podszedł. Mógł się nabijać, ale akurat nie w momencie, w którym naprawdę potrzebowałem porady. Jakiegoś punktu zaczepienia by wiedzieć w jaki sposób rozgryźć Sydney i ją szybko zdetronizować.
- O co ci chodzi, Rafe? Ostatnio jesteś nie w sosie bardziej niż zwykle. Coś się wydarzyło?
- Nic.- prychnąłem.- Zresztą to nie twój biznes. Mam prywatne... porachunki. A to nic czym powinieneś się przejmować.
- Tak? Jakoś mi się nie wydaje. Chociaż gdybyś chciał się wygadać... sam wiesz.- wzruszył ramionami.
- To nie będzie konieczne. Właściwie to powinienem się zaraz zbierać. Umówiłem się z Amelią.
- Ja pierdole, nadal się widujecie?
- To tylko seks.- prychnąłem.- Jedyna laska oprócz Lexy, z którą pierdoliłem się więcej niż raz. Jest całkiem niezła, serio.
- I do tego jest przyjaciółką twojej byłej.- pokręcił głową.
Tak, to była prawda. Znałem Amelię podczas związku z Lexy, ale dopiero, gdy suka ze mną zerwała, wtedy zacząłem sypiać z innymi kobietami. Zwykle tylko raz z każdą, aż napatoczyła się Amelia, która sama mi wskoczyła do łóżka. Nawet nie wiedziałem czy nadal zadawała się z Lexy, ale miałem to gdzieś. Dla mnie liczył się całkiem niezły seks, nic poza tym.
CZYTASZ
Fighter#3: Rafe
Storie d'amoreCo się może wydarzyć kiedy spotkają się dwa wybuchowe charaktery? Mówią: ogień zwalczaj ogniem, ale czy to zawsze wypala? Czy to nie doprowadza do większego pożaru? Rafe żyje jak mu się podoba. Po tym co się wydarzyło, po zakończonym związku wierzy...
