Rozdział 11.

6.1K 239 5
                                        

Z trudem poderwałam się w górę, przy okazji potykając się o własne nogi. Zarzuciło mną, aż musiałam podeprzeć się dłonią o piasek. W końcu udało mi się znaleźć w pionie, stając oko w oko z moim największym problemem.

- Co tu robisz? – zapytałam oskarżycielsko.

- Ostatni raz, gdy sprawdzałem akt własności tego miejsca... – zatoczył koło palcem wskazującym, sugerując, że mówił o tym, co go otaczało – widniało na nim moje imię i nazwisko.

Marzyłam, aby zedrzeć mu z ust ten głupi uśmiech. Irytowała mnie przesadna pewność siebie Michaela, szczególnie, że ja czułam się przy nim jak mała rybka w obecności rekina.

- Cześć Michael – Anabel odezwała się przesłodzonym głosem. – Już się bałyśmy, że do nas nie dołączysz.

Kobiety, z którymi chwilę wcześniej rozmawiałam, nadal siedziały na piasku, przypominając syreny wylegujące się na skałach wystających z wody. Anabel wpatrywała się w mężczyznę, uwodzicielsko gładząc się po końcówkach włosów. Ros i Elsa nie pozostały bierne. Obie uśmiechały się słodko, co prezentowało się mało naturalnie.

- Czekałyśmy na ciebie – dodała Elsa, przenosząc dłoń na ramię Ros. Gładziła jej nagą skórę paznokciami, co miało wyglądać seksownie.

- Nie będę wam przeszkadzać – rzuciłam zniesmaczona.

Najwyraźniej Michael dobrze znał kobiety. Z racji tego, jak zarabiały na życie, istniała wyłącznie jedna droga rozpoczęcia ich znajomości.

Odeszłam od nich, zabierając ze sobą jedną z otwartych butelek taniego szampana – choć nazwanie tego trunku „szampanem" krzywdziło ten prawdziwy.

Jęknęłam niezadowolona, gdy wyrwano mi butelkę z rąk.

- Nie sądzisz, że już ci wystarczy?

Alkohol znalazł się w rękach bruneta, który spoglądał na mnie w dziwny sposób. Dobry humor go nie opuścił, ale ciemne oczy sugerowały, że przez jego głowę przewijało się wiele różnych myśli jednocześnie.

- Nie – stwierdziłam gniewnie. – Oddaj mi butelkę. – Wyciągnęłam rękę, aby mi ją zwrócił.

Mój doskonały humor zniknął. Nie było już po nim śladu. Wystarczyło, że się pojawił, a znów poczułam się źle. Wróciło napięcie i przytłaczające uczucie, które znęcało się nad moją głową.

Nie zareagował, więc zrobiłam krok i szarpnęłam za butelkę. W zasadzie to tylko musnęłam ją opuszkami palców, ponieważ Michael szybko schował szkło za siebie.

- Nie masz prawa mi mówić, co mogę, a czego nie. Nawet nie jesteś moim bratem, a i on nie decyduje o tym, ile mogę wypić – syczałam wściekle przez zaciśnięte zęby.

- Tego zdecydowanie bym nie chciał. Gdybym był twoim bratem nie pozwoliłbym, aby życie mojej siostry zależało od takich ludzi jak ja. Walczyłbym o nią, a nie poddał się jak tchórz.

Wyczerpał się mój limit pobłażliwości. Może kierował mną alkohol albo po prostu gniew osiągnął maksimum, ale wzięłam zamach i uderzyłam go otwartą dłonią w twarz.

Nie żałowałam, nawet gdy głupi uśmiech zniknął z jego ust, a w oczach pojawiła się furia. Przeszywał mnie spojrzeniem, które kazało zrobić cokolwiek, tylko nie stać i nie gapić się na niego, jak na lwa z otwartą paszczą. Ale ja byłam gotowa ponieść pełne konsekwencje swojego czynu, a najchętniej uderzyć go jeszcze raz.

- Oddasz mi butelkę? – zapytałam ostro.

Nie chodziło mi o alkohol, ale o postawienie na swoim. Wyprostowałam się. Nie unikałam mocnego spojrzenia, które, gdyby mogło zabijać, sprawiłoby, że padłabym trupem.

Rysa na szkleOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz