ROZDZIAŁ 3

732 28 15
                                        

Scott i Garett rozejrzeli się po dużej przestrzeni, a ja milczałem.

– Czy ty... – zaczął Scott i popatrzył na mnie ze zmarszczonym czołem. Westchnął głęboko. – Jebany. Totalnie straciłeś rozum, jeśli chodzi o to, o czym myślę.

– Możliwe – odparłem luźno. – Weźcie coś do pisania. Chwilę to zajmie.

Pod Dziurą stał już zaparkowany samochód, którego przywieźli mi ludzie Marka. Plan był prosty – ściemniało się, a w dodatku nic prawie dzisiaj nie jadłem, dlatego w taką porę najchętniej udawałem się do swojego mieszkania lub do jakiejś knajpy z żarciem. Nie byłem marnym kucharzem, przeciwnie, gotowałem lepiej niż Mike i inni z naszej szajki idiotów. Ale stać mnie było na prawie codzienne odwiedzanie fast foodów lub knajp z tanim jedzeniem. Często zmieniałem lokale, bo nie trafiłem jeszcze na perełkę, która omotałaby mnie do potęgi. Jadłem w wielu dobrych miejscach, naprawdę, wielokrotnie, ale nadal szukałem tego jedynego.

A później, jeśli dopisze humor, udam się na zakupy. Nie dla siebie. Dla Laury.

Przecież nie będzie ciągle paradowała w moich ubraniach, dlatego miałem zamiar kupić coś więcej już na czas, kiedy chłopcy ogarną pomieszczenie, o które ich prosiłem. Możliwe, że Scott zacznie coś dzisiaj działać, bo ma nockę w Dziurze, a on jest sową, więc spać na pewno nie będzie.

Teraz szama.

Po dziesięciu minutach jechania w całkowitym zgiełku ciemności wbiłem się na autostradę sześćdziesiątkę piątkę. Nie było zbytniego ruchu, dlatego przycisnąłem gaz do dechy. Nim się obejrzałem, zauważyłem znak o zjeździe, dlatego kilka minut później wjechałem do Staunton. Miasta, w którym nie myślałem, że kiedykolwiek będę mieszkał. Znałem je już jak własną kieszeń, dlatego, aby dojechać do obranej za dzisiejszy cel knajpy, należało skręcić na pierwszym zakręcie na lewo i minąć wielgachny park Wilson. Potem po lewej stronie wyrośnie stacja kolejowa, naprzeciwko której będzie stał przeszklony budynek z szyldem o przeruchanej nazwie „diner".

Stanąwszy niedaleko drzwi, bo przecież królewna, czyli ja, nie mogła się przemęczać, wlazłem do gwarnego wnętrza. Przy kilku boksach siedziało kilkanaście osób, które zwróciły na mnie swoją uwagę. Zwłaszcza około dwuletnie dziecko, które pokazało na mnie palcem, próbując zdobyć uwagę swoich rodziców. Wystawiłem dzieciakowi język i usiadłem z daleka od wszystkich. Moja dupa wylądowała na miękkiej czerwonej kanapie obitej w skóro–podobny materiał.

Typowa amerykańska knajpa.

– Chyba mnie pojebało – mruknąłem do siebie pod nosem, bo, jak nigdy, miałem ochotę na naleśniki z syropem klonowym. Nie jadłem tego od kilku dobrych lat.

Kiedy podeszła do mnie kelnerka, ubrana w jasnobeżowy fartuch, poprosiłem o te naleśniki i kubek kawy. Lubiłem kawę, i to bardzo, ale jednak wizja darmowych dolewajek tego gorącego napoju była bardzo kusząca. Fakt, że w swoim mieszkaniu miałem kawy pod dostatkiem, ale, kurwa, tutaj płaciłem za jeden kubek i mogłem wychlać dziesięć kubków.

Wyciągnąwszy telefon, aby z nudów i małego uzależnienia przelecieć po kilku stronach czy aplikacjach, podniosłem głowę, gdy do knajpy wlazł jakiś samotnik. Facet, który przystanął tuż po zamknięciu drzwi, rozejrzał się dookoła, a kiedy mnie zobaczył, zawiesił na mnie zawistne spojrzenie. Gdybym miał pod nosem naleśniki, stwierdziłbym, że był zazdrosny, ale naleśniki były dopiero przygotowywane przez, jak zdołało mi się zauważyć, młodego studenciaka w okularach.

Samotnik usiadł z dala ode mnie, w boksie za paćkającym się w żarciu dzieciakiem.

Westchnąłem z błogością, widząc zmierzające do mnie pankejki i parującą kawę w ceramicznym kubku. Ale to, kurwa, dobrze wyglądało. Po wpakowaniu do mordy dużej ilości jedzenia uniosłem automatycznie głowę. Najpierw ujrzałem dzieciaka, a następnie tego samotnika, wpatrującego się we mnie jak w obrazek. Ale tak, jakby chciał rzucić we mnie farbą lub spróbować pokroić tępym nożem, jak ci wszyscy „aktywiści" udający, że chcą ochronić w ten sposób planetę.

MAXIMILLIANOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz