ROZDZIAŁ 20

524 21 6
                                        

– To dobrze, bo to jedyne, co kiedykolwiek ode mnie dostaniesz z własnej woli. – Zanurkowała palcami między moje włosy i pociągnęła boleśnie kilka kosmyków, co wprawiło mnie w cholerną satysfakcję.

– Uwielbiam cię, moja psotnico.

Mam z siebie tyle do wyrzucenia, ale jednocześnie nic nie chce wyjść. Ja pierdolę.

Bywały dni, gdy przynosiłem do Gniazdka Laury, nawet bez wcześniejszej prośby, różne rzeczy. Oprócz zwykłych produktów, jak mleko w butelce, chleb czy płatki kukurydziane, ogarnąłem też dwie dodatkowe bluzy dla dziewczyny, bo kiedy mogła, to narzekała, że ciągle jej zimno pomimo włączonego grzejnika. Zazwyczaj stał on obok miejsca, w którym aktualnie znajdowała się szatynka. Poprosiła mnie przez to o jakiś przedłużacz, który przydał się najbardziej wtedy, kiedy zanosiła grzejnik do swojej łazienki, z godzinę przed myciem. Byłem świadomy, że w jej główce wisiała długa lista rzeczy, których chciała lub naprawdę potrzebowała. Próbowała wtedy wpasować się w mój humor, żebym jakimś cudem nie chciał od niej niczego w zamian. Największą trudność sprawiło jej poproszenie mnie o konkretny krem do twarzy, bo miała niesamowicie wysuszoną skórę, tampony, gdyby pewnego dnia zaskoczył ją okres, i maszynkę do golenia. Jeszcze później poprosiła o dodatkowy koc.

Chyba była w szoku, kiedy nie wyśmiałem jej za te prośby.

Władowałem się do środka, taszcząc pod pachą długie bawełniane skarpetki. Rzuciłem je na jak zwykle niepościelone łóżko, czego szatynka nie zobaczyła.

Leżała na dywanie pod grzejnikiem i wpatrywała się w upiorny sufit. Nie zwróciła na mnie nawet uwagi, dopóki nie zaproponowałem jednej zabawy:

– Umiesz grać w karty? Mam coś jeszcze dla ciebie.

Pomału odwróciła do mnie głowę. Ziewnęła szeroko.

– Tylko w makao.

Pomachałem jej starą talią kart w stronę stołu. Spodziewałem się, że nie będzie chciała grać, ale przyszła bez zastanowienia. Zanim usiadła, popatrzyła na mnie podejrzliwie, zwłaszcza na zawiniątko, które ukryłem pod pachą.

– Co tam masz? Zaraz... O Boże.

Rozwinąłem ciuch, który, jak się okazało z czasem, nadal pachniał Laurą. Dziewczyna odebrała ode mnie kurtkę z niezwykłą delikatnością. Przycisnęła ją do piersi i spojrzała na mnie jak mały szczeniaczek:

– Skąd to masz? Przecież...

– Sullivan mi oddał.

W pewnym momencie Laurze zaszkliły się oczy, gdy zaczęła przegrzebywać podszewkę kurtki. Wiedziałem, że szukała małej, samodzielnie wszytej kieszonki. Wyciągnęła stamtąd pogniecione, lecz zalaminowane zdjęcie przedstawiające ją i jej rodziców. Odeszła od stołu, płacząc.

Kurewsko mnie kusiło, żeby przed wejściem tutaj zabrać zdjęcie, ale sobie darowałem.

Zdążyłem wypalić papierosa, kiedy dziewczyna ostatni raz pociągnęła nosem. Przetarła pięściami oczy. Zostawiła kurtkę razem ze zdjęciem przy łóżku i wróciła do mnie jak nowonarodzona. Wzięła wdech i usiadła naprzeciwko mnie.

– Pewnie chcesz się o coś założyć, co? – Twarz jej spochmurniała, zanim usłyszała odpowiedź.

Rozsiadłszy się, zacząłem ślamazarnie tasować – jak debil. Od razu kilka kart spadło na podłogę, a Laura prychnęła z rozbawieniem, siadając naprzeciwko mnie.

– Jeśli wygram, nic od ciebie nie będę chciał. Masz moje słowo, Laura. Jeśli ty wygrasz i podasz dosyć normalną prośbę, pomyślę nad nią – rzuciłem zachęcająco.

MAXIMILLIANOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz