ROZDZIAŁ 8

583 24 5
                                        

– Przyjaciółka dała ci ten naszyjnik, wiedząc, że nienawidzisz tych kwiatów? – dopytałem z rozbawieniem.

– Ta. To nie było niemądre z jej strony, bo cały czas myślę o tym naszyjniku. Myślę o niej. – Podniosła na mnie wzrok. – Taki był zamysł, Wills. Kochać to, czego nienawidzę.

Było tak głośno, że myślałem, że zaraz rozpierdolą mi się bębenki.

– Starzejesz się – wydarł się do mojego ucha Garett, klepiąc mnie po ramieniu.

Prychnąłem w odpowiedzi, przyspieszając kroku za drepczącymi przed nami Mikiem i Scottem. Widocznie chłopaki też woleli ominąć zgraję szczeniaków, bawiących się do muzyki techno pod gołym niebem. Też taki, kurwa, byłem? Rozjebany, ruszając się jak chory węgorz do playlisty, którą chyba tworzył skacowany i naćpany dwudziestolatek.

Naprawdę nie miałem dzisiaj dnia na jakieś wyjazdy, zwłaszcza takie, jak ten.

Nielegalne wyścigi. Ta. Nieoderwalna część życia większości niegrzecznych chłopców z romansów dla osiemnastolatek, które oczywiście czytają również dorosłe piętnastolatki, szczerzące się do puszki piwa jak ja na widok swojego łóżka, tuż po wymienieniu miesięcznej kołdry i prześcieradła. Dałbym uciąć sobie łeb, że spośród wielu osób stąd, jakieś dwadzieścia procent nie było nawet pełnoletnich. Chory świat. Gdzie wasi rodzice, do cholery. Rozumiem, że po ciężkim tygodniu uczenia się tabliczki mnożenia należało się odprężyć przy niebezpiecznych ludziach, nielegalnych wyścigach japońskich samochodów i trawki niewiadomego pochodzenia. Dlatego właśnie nie wysyłaliśmy naszych Chłopców (tych od narkotyków rzecz jasna) w takie miejsca. Łatwo było tutaj oberwać kosą w żebro, a ludzie, nawet ci najgłupsi, bali się kupować narkotyki od losowych ludzi. No, a potem szli do klubu, tracili paręset dolarów, myśląc, że w strzeżonych klubach, ci od narkotyków mają zawarte umowy o pracę, w których wymienia się lokalizację laboratorium i może jeszcze imiona i nazwiska kucharzyków. Że wszystko legalne, nie?

Znajdowaliśmy się parędziesiąt kilometrów na wschód od Staunton, na pasie startowym opuszczonego lotniska, które nigdy nie odpaliło. Obiekt przez dwa lata tylko się niszczył, a następnie ktoś puścił sygnał, że no w sumie, siema, wolny obiekt, potężne otoczenie z fajnym pasem startowym i ciekawymi czterema zakrętami wokół rozpadającego się pomału gmachu, czemu by tu nie ogarnąć jakichś zjawiskowych wyścigów? Ponoć nie przyjeżdżali tutaj co tydzień. Wyścigi rozgrywały się co kilka tygodni, by nie zainteresować najbliższych służb. Ale i tak mówili, że bardzo często wszyscy uciekali przed psami. Pęd samochodów i muzyka roznosiły się przez najbliższe okolice, wkurwiały zgrzybiałych staruchów, którzy dzwonili na komendę z błaganiem, że te wścibskie dzieciaki znowu panoszą się swoimi tuningowanymi, podświetlonymi od dołu ledami brykami.

Nie przyjeżdżali tutaj tylko fanatycy wyścigów i szybkiej białej kreski. Oprócz rozchwianej seksualnie i psychicznie młodzieży pojawiali się też motocykliści, grzecznie podziwiając z boku swoje motory i inne dziwne dzieła na dwóch kółkach. Chcesz zlecić komuś zabójstwo? To miejsce było idealne na takie rzeczy. Pełno ludzi, znajdujesz tego, kogo chcesz zaszlachtować, zabijasz, najlepiej nożem, bo pistolet jest za głośny, i spierdalasz, a zanim ogarną, że jegomość padł na ziemię z przechlania lub z przećpania, to już ciebie nie ma. Kilka lat temu dostałem takie zadanie od nieżyjącego już znajomego. Ten wiedział, że siedziałem w nieciekawych rzeczach, więc zaproponował mi kilka tysięcy dolarów za pozbycie się kochanka jego żony. Nawet przez chwilę się nie zastanawiałem. Pojechałem następnej soboty do bliskiej miejscówki za Staunton, znalazłem tego, którego miałem zabić. Poczekałem na wrzawę po wygranej jednego samochodu i zaatakowałem go od tyłu. Nim ludzie stojący wokół niego się nim zainteresowali, gość wykitował, a ja siedziałem z powrotem w swoim samochodzie, słuchając znienawidzonych przeze mnie Spice Girls.

MAXIMILLIANOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz