ROZDZIAŁ 27

536 22 10
                                        

Będzie mi jej kiedyś bardzo, ale to bardzo brakować. Nie będę miał już takiej "odwagi", aby kupić sobie kolejną laskę, kiedy Laura pójdzie do piachu (czytaj: mój ukochany opiekun Mike mi nie pozwoli).

A wiadomo, że Laura pójdzie do piachu. Może nie jutro, może nie za miesiąc, ale raczej pójdzie. Nie będzie innego wyjścia. Zabicie jej będzie trudne, może się zawaham, ale to tylko drobnostka.

Obudziło mnie ciche pikanie. Uniosłem głowę, zaspany, a kiedy trochę oprzytomniałem, ogarnąłem, że leżałem przy Laurze. Sięgnąłem po telefon leżący na szafce nocnej, a w dodatku strąciłem łokciem szklankę z wodą, która spadła na dywan przy łóżku i na szczęście się nie potłukła. Westchnąłem z rozdrażnieniem.

Okazało się, że alarm pochodził z czujki ruchu przy Dziurze. Spodziewałem się jakiegoś czterokopytnego zwierzaka, ale nie odpalonego samochodu, przy którym stało czterech kolesi. Zmarszczyłem czoło, bo, kurwa, nikt nie zapowiadał dzisiaj żadnego spotkania z jehowymi w czarnych kurtkach. Podniósłszy się z łóżka, starając się po drodze nie wypierdolić, chociaż pod szafką kuchenną świecił pasek ledów na prośbę Laury, która ponoć nie potrafiła zasnąć tutaj w całkowitej ciemności, zatrzymałem się gwałtownie przed drzwiami, kiedy to nieznajomi wyważyli czymś ciężkim wejście do Dziury.

Przekląłem pod nosem i automatycznie obudziłem Laurę. Potem wyzwałem siebie w myślach.

– Max? – szepnęła, unosząc głowę.

Uciszyłem ją gestem ręki.

– Mike, kurwa, do Dziury wpierdoliło się czterech facetów, za chwilę dostaną się do środka – wycedziłem z zaciśniętymi zębami.

– Co? Co? – zapytał dwukrotnie, również zaspany. – Cholera jasna. Pod żadnym pozorem nie wyłaź na korytarz. Zaraz...

– Nie przyjeżdżajcie. Zresztą i tak nie zdążycie – rzuciłem bez namysłu, a potem zamilkłem na kilka sekund, kiedy zgasło światło. Frajerzy wyłączyli korki. – Nie wiadomo ilu ich tak naprawdę jest.

Usłyszeliśmy potężny hałas zwiastujący o tym, że wyważyli kolejne drzwi. Od wejścia na korytarz dzieliły ich tylko schody.

– Oddzwonię, kiedy będzie po wszystkim – szepnąłem i rozłączyłem się.

Pamiętałem, że pod drzwiami od Gniazdka była niewielka szpara, przez którą, w całkowitej ciemności, byłoby widać nawet delikatne światło. Przy pomocy lekko rozświetlonemu wyświetlaczowi komórki dotarłem do łóżka, z którego zabrałem moją jedyną broń – pistolet. Jeśli panowie niewiadomi jakimś cudem dostaną się do tego pomieszczenia, albo nie żyjemy, albo doświadczymy podobnych scen do tych, które odbywały się w filmie Piła. Poświeciłem telefonem na przerażoną, białą jak kreda Laurę. Przyłożyłem jedynie palec do ust, dając jej stanowczo do zrozumienia, że ma trzymać gębę na kłódkę.

Ustawiłem się obok drzwi, w razie czego, by mieć na celowniku najbliższą osobę. Liczyłem jednak, i to z całego serca, że żaden knur nie rozwali tych drzwi. Korytarzy i drzwi w Dziurze było wiele, więc istniała szansa, że nas ominą.

Zastanawiałem się w trakcie całego widowiska, kto to był. Ludzie Perseusza, przeszłość czy może ktoś jeszcze inny, o kim mieliśmy nie wiedzieć aż do teraz? Całe szczęście obecnie w Dziurze nie było jakoś wiele towaru, a wszelka broń była tak dobrze schowana, że to niemożliwe, aby ktokolwiek z nieznajomych miał szczęście, by ją znaleźć.

Pikawa mi przyspieszyła, kiedy ktoś szarpnął klamką. Poprawiłem chwyt na pistolecie, równając oddech. Odliczałem sekundy do możliwego wywarzenia drzwi, lecz był spokój. Męskie szepty, które od pewnego momentu starałem się odszyfrować, bo nie były po angielsku, zaczęły się oddalać. Gdy ucichło na tyle, że mogłem odetchnąć, usłyszałem szloch Laury. Obraz na kamerze zmienił się – nieznajomi, którzy zrobili rozpierduchę, znaleźli się na zewnątrz. Wysłałem Mike'owi krótkiego, informacyjnego SMS–a, chociaż pewnie ten był już w drodze z chłopakami.

MAXIMILLIANOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz