ROZDZIAŁ 18

496 18 1
                                        

– Wiesz, że polubiłabym cię w normalnych okolicznościach, nie? W normalnych. I wiem, że ty mnie też.

Prychnąłem rozbawiony, ale nie zaprzeczyłem.

Wiesz, że powinieneś się leczyć?

Boulder

Dni zamieniły się w tygodnie, a tygodnie w miesiące. Żyliśmy sobie z Mikiem, Kojakiem, Morrisem i Peterem jak pączki w maśle. Mogłem stwierdzić, że żyliśmy tak, jak pragnęło wiele dzieciaków w naszym wieku – nikt nie sprawował nad nami kontroli, robiliśmy, co chcieliśmy, jedliśmy, co chcieliśmy, graliśmy w głupie gry do późna, chodziliśmy spać nad ranem, jeździliśmy samochodem bez prawka. Żyć nie umierać. W międzyczasie ciągle kradliśmy i sprzedawaliśmy narkotyki. Coraz częściej obracaliśmy się w innych klubach, nie tych samych, aby zdobyć jak najwięcej kupców, a z każdym weekendem wydawało mi się, że zarabialiśmy jeszcze więcej niż poprzednio. Kilka jak nie kilkanaście razy do roku pojawialiśmy się na jednych z większych wyścigach samochodowych w całym stanie Kolorado. To dopiero była kopalnia pieniędzy. Niemalże wszędzie roznosiły się plotki o naszym dobrym towarze, czym zainteresowały się pobliskie służby i inne rozrastające się szajki. Wtedy to właśnie, w dzień moich osiemnastych urodzin, niedaleko naszego miejsca zamieszkania w Boulder, kiedy wracaliśmy w środku nocy z jednej imprezy, na której zalaliśmy pałę, nie ogarnęliśmy w porę, że stanął przy nas zabytkowy samochód, a jeden z osobników siedzących w środku wyciągnął pistolet i zastrzelił Kojaka.

Nawet po jego śmierci nie odkryliśmy, kto to był i z kim miał niepozałatwiane sprawy jeszcze w Colorado Springs. Jego śmierć była dla nas niemałym ciosem, bo po tylu latach staliśmy się dla siebie naprawdę bliskimi przyjaciółmi. Po tym wszystkim spadła na nas jakaś fala gówna, bo kilka miesięcy później Peter zemdlał w salonie, a po przewiezieniu go do szpitala okazało się, że miał guza mózgu. Chłopak zdecydował się odnowić kontakty ze swoją matką i ojczymem i poprosić o pomoc. Spędził u nich swoje ostatnie miesiące.

Żeby było jeszcze zabawniej, nasi goście, którzy od początku zajmowali się wytwarzaniem między innymi amfetaminy, zwinęli manatki i przenieśli się do konkurującej mafii.

Chwilowo zostaliśmy na lodzie.

Jednego wieczoru zapytałem Mike'a, który tak samo jak ja próbował zasnąć, czy się gdzieś nie przejedziemy. Jechaliśmy tak długo, że najpierw zajechaliśmy pod dom mojego starego, a potem pod dom matki Hutersona.

Gdybyśmy wtedy nie znali jeszcze Garetta czy Scotta, możliwe, że niesieni jakimś jebanym poczuciem winy, wrócilibyśmy do Colorado Springs.

Tak na szczęście się nie stało.

***

Tego późnego wieczora, mimo wielu niewymuszonych łez, wydawała się tym przejmować bardziej niż pierwszego dnia pobytu w Gniazdku. W końcu obiecałem jej, że się poprzytulamy.

Przykryłem jej nagie ramię skrawkiem kołdry tuż po tym, gdy przetarłem z niezadowoleniem skórę na policzku. Wyobrażałem sobie już niebieską plamę powyżej kości policzkowej. Laura jebnęła mnie w twarz tak mocno, że aż byłem w szoku, że miała na to tyle siły i odwagi. Była potem z siebie zadowolona, dopóki nie oznajmiłem jej, słownie i gestem, że z przyjemnością wyprostuję pięścią jej dolne zęby. Liczyła, że nagle przestanę ją rozbierać – pudło.

Wkrótce opadła z sił, bo ileż można było się ze mną siłować. Płakała, sycząc przez zęby o tym, żebym spierdalał lub obmacywał kolegów, a nie ją.

– Ja dopiero zaczynam, Laura.

Po małym całusie na jej czole obiecałem, że jeszcze wrócę tej nocy, tylko jadę coś załatwić.

MAXIMILLIANOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz