ROZDZIAŁ 17

655 20 8
                                        

– Nie zesraj się, kurwa, filantropie pierdolony. Przemyślę sprawę Suzan. Zadowolony? – Prychnąłem, a Mike się uśmiechnął. – A druga sprawa?

– Pozbędziesz się kogoś dla mnie.

Nie lubię Was.

Nie lubię pisać.

Laura umrze.

*

*

*

Prima Aprilis

Jakiś czas później, gdy ogarnąłem ranę na przedramieniu (piekła w chuj), załatwiłem żarcie dla  Laury i jakiś środek oczyszczający. Nie byłem zły na Laurę. Nie miałem, po co być zły. Zasłużyła na to, co jej zrobiłem, i tyle. Dziewczyna nie od dziś wiedziała, że każdy jej zły ruch będzie karany. Doświadczyła tego nieraz.

Proste jak budowa jebanego cepa.

Wziąłem najpotrzebniejsze rzeczy i ruszyłem do Gniazdka Laury. Będąc przy drzwiach, przybrałem nietęgą minę, żeby na sam początek dać do zrozumienia Różyczce, że nie będę przyjemny, mimo że miałem naprawdę dobry humor. Jeżeli w ogóle spojrzy na moją twarz.

Moja Laura siedziała skulona na fotelu – pewnie podkuliła nogi do klatki piersiowej, kiedy usłyszała klekot kluczy. Zamknąwszy za sobą drzwi, przystanąłem w miejscu, obserwując emocje na twarzy dziewczyny. Nie spodziewałem się, że pozwoli sobie, żeby z jej oczu leciały łzy niczym tsunami. Jej policzki błyszczały smutkiem.

Zostawiłem na stolę papierową torbę z KFC, na którą Laura nawet nie zwróciła uwagi. Pogrążyła się w patrzeniu zaszklonymi oczami w materiał koca.

Chwyciwszy krzesło, zbliżyłem się do dziewczyny. Postawiłem je tuż przed fotelem i usiadłem na nim. Potem wyciągnąłem z kieszeni małą, kwadratową szmatkę, na którą wylałem odrobinę środka odkażającego. Laura nawet nie drgnęła, gdy odsunąłem z jej policzka włosy. Rany na czole i skroni nie wyglądały za dobrze. Czerwona siatka poplątała się z białymi plamami na skórze.

Szatynka wstrzymała oddech, kiedy poczuła ból. Starałem się być delikatny, mimo że nie musiałem. Miałam nadzieję, że to doceni – pewnie obawiała się, że wpadnę do Gniazdka jak rozwścieczony byk i ponowię karę kolejnym brutalnym uderzeniem i tym podobne. Obiecałem jej przecież, jeszcze na samym początku jej wizyty w Klatce, że włożę w nią paralizator i włączę.

Nic nie ucieknie.

Na szmatce pozostało trochę krwi, ale rana na szczęście nie musiała być szyta. Pewnie zostanie jej widoczna blizna, ale kto wiedział, czy tego dożyje, zanim rana się zagoi?

Znaczy, co?

Oczywiście żartowałem.

Zrzuciłem szmatkę na podłogę i nachyliwszy się do przodu, wbiłem spojrzenie w buzię Laury. Dziewczyna nieco się uspokoiła. Przestała płakać i nie produkowała już takiej ilości łez. Była kurewsko przybita.

Poczułem jedynie dreszcz na jej łydce, kiedy wsunąłem dłoń pod kocyk, by dostać się do jej skóry. Pogłaskałem kolano, sunąłem w górę, zataczając palcami duże kółka. Rozprostowałem nogi dziewczyny i dotknąłem skrzywdzonej ręki. Nie zdążyła jej zabrać, dlatego pozwoliła mi, bez wyrywania, wyciągnąć ją na górę. Lewa dłoń, którą przygniatałem wcześniej większą częścią swojego ciała, miała zdartą skórę na kostkach. Dłoń nie miała naturalnego koloru – wpadała w przygaszony fiolet, jakby była niedokrwiona lub przemarznięta. W miejscu płytek małego i serdecznego palca nie było nic. Tylko brzydkie miejsce, podchodzące pod bordowy kolor.

MAXIMILLIANOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz