– Żebyś wiedziała. Ale ciebie też, więc mi lepiej.
Wyszczerzyłem się jak pojebany i skierowałem się do drzwi.
Wydawało mi się albo i nie, że podczas zamykania Klatki, kiedy widziałem Laurę jeszcze przez niecałą sekundę, ta zaczęła płakać.
Płacz, Różyczko. Płacz.
– Sprawę mam – mruknąłem do słuchawki telefonu chwilę później, kiedy wyszedłem od Laury.
– Pamiętasz, czy w izolatce podłączałeś mikrofon?
Lucas zamyślił się.
– Wydaje mi się, że ta. Potrzebujesz to na teraz? Bo tak średnio...
– Potrzebuję na teraz – odparłem stanowczo.
Usłyszałem krótkie westchnięcie.
– Przyjadę do godziny. – Rozłączył się.
Poruszyłem prawym przedramieniem, bo od wczorajszego wybuchu w Białym Lotosie, bywały momenty, że przechodził przez niego ból. Mike przez to wszystko chodził taki napięty, że lepiej było go nie zaczepiać. Ten kutas nawet przez chwilę nie przejął się tym, że mogliśmy stracić Scotta. Albo że mnie i Garetta mogło wyjebać pod sufit. Nie, nie, najważniejsza w tej sprawie była zdrada, a nie starzy kumple...
Tak jak się spodziewaliśmy, Lucas nie wykrył niczego ciekawego w telefonie Bobbiego. Można by rzec, że byliśmy w głębokiej dupie. Przy następnym piątku i sobocie nowi nieprzyjaciele mogli pojawić się w naszych pozostałych dwóch klubach, które również zajęliśmy kawał czasu temu, jako sygnał ostrzegawczy. Albo mogli się uciszyć na jakiś czas – sprawić pozór, że dali sobie spokój. Nie miałem wielkiego łba, nie byłem aż tak mądry i sprytny, by pomyśleć, jak można byłoby ich zaskoczyć. Moje myślenie w tych sprawach mogłem porównać do zepsutego kalosza – po to mieliśmy Mike'a. Mimo że nie zawsze miał dobre pomysły, jeśli je oczywiście miał, było to lepsze niż nic.
– Jadę go zawieźć – rzucił do mnie Scott i wskazał dłonią na przygaszonego i bladego jak płótno Garetta, który zwrócił na nas swoją uwagę. – Mówi, że po wczoraj czuje się jak zepsute gówno.
– Przecież nie musicie się tłumaczyć – odparłem, przyglądając się Garettowi. – Wyglądasz gorzej niż zepsute gówno – zwróciłem się do niego z rozbawieniem.
Ten pokazał mi środkowego palca i zaczął się wspinać po schodach na górę.
Scott poklepał mnie po przedramieniu, które odżyło bólem.
Ponownie wyjąłem komórkę, bo nie wiedziałem za bardzo, co robić do przyjazdu Lucasa. Taki byłem, kurwa, biednym, zanudzonym człowiekiem. Przecież nie pójdę znowu do Laury. Musiałem trzymać jakieś granice w naszej „relacji". Musiała się rozwijać powoli, nie?
Mike odebrał po trzecim sygnale. Zapytałem go wprost, co dalej robimy z obecną sytuacją.
– Kazałem chłopakom przenieść laboratorium w inne miejsce – odpowiedział lekko.
Wybałuszyłem oczy.
– Co takiego? Gdzie niby?
Na obrzeżach Staunton, w domu naszego człowieka, którego imienia nie będę zdradzać, bo nie było to za bardzo ważne i interesujące, bo w moim życiu przewinęło się i istniało tyle osób, że bez sensu byłoby podawanie imion każdego z nich, istniało laboratorium jak w pierdolonym Breaking Bad. Wydawało mi się, że większość kasy przeznaczyliśmy na nasze stanowisko, dobrej jakości naczynia, mieszalniki, suszarki i tym podobne. Istniały przyjemne miesiące, w których troje naszych ludzi potrafiło wytworzyć kilkanaście kilogramów amfetaminy. Mieliśmy kilku śmiałków, którzy po każdej świeżej porcji narkotyków, próbowali ich, zanim te weszły w obieg. Jeśli wszystko grało, to znaczy nikt z nich nie zdechł, potem, najczęściej Scott i Garett, zajmowali się dzieleniem amfetaminy do małych woreczków. Potem opakowania szły do naszych Chłopców, którzy weekendami starali się sprzedać jak najwięcej towaru.
CZYTASZ
MAXIMILLIAN
Mystery / ThrillerMax Wills, kiedy skończył piętnaście lat, uciekł z domu przez gniewnego i niekochającego ojca. Droga z przykrego dzieciństwa poprowadziła go na ścieżkę pełną krwawych przestępstw. Gdy pewnego razu natrafia na Laurę, podobnie psychicznie poturbowaną...
