ROZDZIAŁ 11

686 24 6
                                        

Gdy rozmasowałem bolące miejsce, odchrząknąłem. Zniżyłem się do drżącej ze wściekłości i rozpaczy Laury:

– Przekleństwa w twoich ustach wcale nie znaczą o twojej odwadze, zdajesz sobie z tego sprawę, nie? Jesteś tylko mocna w gębie. Ale podoba mi się to – mruknąłem. – Dobrze wiesz, że ciebie również złamię. Będziesz się czuła jak mała dziewczynka, tęskniąca za patologicznym domem. Już ci mówiłem, że nie ma nic gorszego ode mnie.

O siódmej trzydzieści siedem zostałem brutalnie wyrwany ze snu. Scott oblał mnie szklanką wody, a ta zmoczyła nie tylko moją twarz, ale też koszulkę, poduszkę i kawałek materaca. Podniósłszy się gwałtownie do pozycji siedzącej, otarłem twarz.

– Lepiej ci? – prychnąłem do śmiejącego się Scotta. – Która godzina? – Spojrzałem na zegarek. – Jedziemy zawieźć dziewczyny?

– Ta – odparł. – Zbieraj się. Kierujesz. Mike będzie na nas czekał na miejscu.

Kilka minut później znaleźliśmy się przy dwóch celach. Najpierw wparowaliśmy bez przywitania do pomieszczenia, w którym siedziały cztery nastolatki. Po wielu piskach i krzykach udało nam się zawiązać im oczy i nadgarstki. Dziewczyna, która oberwała od Scotta kijem w głowę, była tak markotna, że rudy zaczął zastanawiać się na głos, że chyba faktycznie wczoraj przegiął. Poklepał dziewczynkę po plecach.

– Będzie tylko gorzej – pocieszył. – Jeśli któraś z was postawi nogę w odwrotnym kierunku, to ma przejebane. Tylko ostrzegam.

Z rudą, zamkniętą tuż obok, było o wiele szybciej. Wkrótce zaczęliśmy się kierować do stojącego przed Dziurą busa, który został podstawiony przez ludzi Marka.

Wsiadłem z niechęcią na miejsce kierowcy i zapiąwszy pas, zerknąłem na Scotta. Odpaliłem samochód.

– Z kim tak piszesz? – zapytałem wrednie, wytrącając Scottowi komórkę z ręki.

– Z twoim starym. Jedź, do cholery.

Zaśmiałem się.

Godzinę później doturlaliśmy się do kręgielni naszego kochanego Ozone'a. Żeby nikogo nie zmylić – kręgielnia działała prawie przez cały tydzień, była zajebista jako miejsce spotkań, ale tylko wybrane jednostki wiedziały, co działo się pod budynkiem, i kim był Ozone. Pod budynkiem znajdował się burdel. Pracowały w nim pełnoletnie kobiety, które, bez żartów, przychodziły tam dobrowolnie, aby zarobić ładne pieniądze. Inny korytarz za to prowadził do mniej przyjemnego miejsca, do którego właśnie zmierzały nasze dzieciaczki. Ogólnie przejebane.

Ozone był facetem po pięćdziesiątce, który, twierdząc po plotkach i „legendach" zajmował się handlem żywym towarem od dwudziestego roku życia. Aktualną „firmę" przejął po swoim tatusiu, który postanowił pójść na emeryturę i wylecieć na drugi koniec świata, bo w pewnym momencie za bardzo zaczęły łazić koło niego psy. O Ozonie też wiedzieli niektórzy policjanci, ale milczeli, bo wiedzieli, że zadzierając z Ozonem, więcej stracą, niż zyskają. Na przykład swoje niepełnoletnie dzieci. Można powiedzieć, że duży procent ludzi z Lexington i okolic podejrzewało, co wyprawiało się pod kręgielnią. Rzadko chodziły tam nastolatki, bo ich rodzice, kojarząc z plotek i uwag innych ludzi, nie chcieli, aby ludzie Ozone'a „przez przypadek", wraz z zamknięciem kręgielni, zabrali ze sobą jakiegoś dzieciaka. Każdy szczeniak, czy to chłopak, czy dziewczyna, byli obserwowani. Wchodząc do kręgielni Ozone'a albo wychodziłeś żywy i już nigdy tam wracałeś, albo wychodziłeś żywy i pewnego dnia lądowałeś w busie z workiem na głowie.

Ozone działał tylko na terenie Stanów Zjednoczonych. Z roku na rok poszerzał swoje granice, dlatego nie był znany tylko w zapyziałym Lexington w stanie Wirginia. Była to cholernie gruba ryba, której należało się bać, mimo że żyłeś z nią w dobrych relacjach. Ten facet miał też ciekawe rzeczy na polityków, może nie od razu na samego prezydenta, ale gdyby coś się wysypało, prezydent również mógłby oberwać.

MAXIMILLIANOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz