ROZDZIAŁ 26

720 21 10
                                        

Na ekranie wyświetlił się numer kierunkowy z Colorado Springs. Zachłysnąłem się dymem papierosowym. Znałem ten numer nad wyraz dobrze – miałem go wbity do łba już od dziecka.

Dawno nie czułem się taki zmieszany.

– Od ostatniego razu boję się od ciebie odbierać – powiedział Mike. – Co jest? Twój szew pękł aż po samą dupę?

W końcu zabrałem rękę z twarzy.

– Zgadnij, kto do mnie przed chwilą zadzwonił – rzuciłem z napięciem w głosie, po czym schowałem się do samochodu przez panujący na zewnątrz ziąb i małe płatki śniegu oblepiające mój łeb.

– Mogę zażartować?

Wywróciłem oczami.

– Oczywiście.

– Dzwoniła do ciebie Suzan z zaświatów, powiedzieć, kto ją zabił?

Westchnąłem głęboko, starając się w następnym zdaniu zabrzmieć tak, jakby wcale mnie to nie ruszyło:

– Zabawne w chuj. Mój ojciec.

– Zabawne. A do mnie moja matka.

– Myślałem, że jej nieżyjąca partnerka – mruknąłem z kpiną, wspominając o kobiecie, która molestowała Hutersona za dziecka i która została postrzelona również przez Hutersona kilka lat temu. Do dzisiaj się zastanawialiśmy, czy jego matce przez myśl nie przeszło, że mogła to być zemsta Mike'a.

– Więc kto dzwonił? – płynnie zmienił temat.

– No, kurwa, mówię, że mój ojciec. Puścił mi kilka sygnałów. Mogłem zmienić ten pierdolony numer lata temu tak, jak myślała Suzan.

– Myślisz, że kto dał mu ten numer?

– Nie wiem – wycedziłem. – Nie wiem jak ty, ale starałem się wymazać z pamięci Colorado Springs i wszystkie osoby, z którymi mieliśmy tam do czynienia...

– Nawet Kojaka?

Przygryzłem dolną wargę.

– Mam oddzwonić?

– Nie. Zostaw to w pizdu na razie. Nie zawracaj sobie tym głowy na święta... – On naprawdę powiedział słowo „święta". – W tym roku siedzimy u ciebie. Posprzątaj swój chlew do jutra, dobra?

Uśmiechnąłem się pod nosem.

***

Dawno w moim mieszkaniu nie siedziało pięciu dorosłych koni i nie leżało na blacie w kuchni osiem pudełek z różnorodną pizzą. Przesiedzieliśmy wigilię, całkiem dobrze się bawiąc – tego właśnie oczekiwałem. Między głośnymi rozmowami, przekleństwami przy grach karcianych a ciszą zagłuszaną przez niestraszne sceny w horrorach, zerkałem czasem, co słychać u Laury. Jednego razu siedziała skulona na fotelu – prawdopodobnie płakała, bo jej ciało rytmicznie drżało. Potem przyłapałem ją na leżeniu na wznak na betonie i patrzeniu w sufit. Jeszcze później widziałem, jak kładzie się do łóżka, z którego nie wychodziła dosyć długo. W takich momentach żałowałem, że nie było głośnika w Gniazdku, bo na język niosło mi się wiele złośliwych zwrotów – Laura dostałaby pierdolca, bo zastanawiałaby się, czy za sekundę nie powiem czegoś głupiego.

Odwiedziłem ją dwudziestego siódmego grudnia, przynosząc ze sobą małą pizzę. Zobaczyłem Laurę dopiero w łazience – siedziała na dywanie, opierając bok ciała o szafkę od umywalki. Nie zaskoczyła się moją obecnością, powiedziałbym, że zareagowała nienaturalnie. Jedynie podsunęła kolana pod klatkę piersiową, otaczając je ramionami.

MAXIMILLIANOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz