ROZDZIAŁ 7

632 26 11
                                        

Nie zwyzywała mnie. Nawet na mnie nie popatrzyła. Gapiła się w jeden punkt na ścianie, jakby nic innego nie istniało. Może nadal była oszołomiona prądem, ale mimo wszystko miałem nadzieję, że zrozumiała każde moje ciepłe słowo.

– Odkąd cię zobaczyłem, liczyłem, że nikt się tobą nie zainteresuje.

Zebrałem z Klatki śmieci, brudne ubrania i wyszedłem, gasząc za sobą światło. 

Colorado Springs

W moim rodzinnym domu, na przodzie, była duża weranda, na której lubiłem przesiadywać zimne poranki, zanim obudził się mój ojciec. Mieliśmy tam malowaną na biało ławkę, na której kładłem koc, żeby nie zmarznąć w dupę. I tak przez godzinę czy dwie patrzyłem na pasmo górskie Front Range, które witało każdego ranka setki tysięcy ludzi. Zastanawiałem się wtedy, czy tylko ja potrafiłem docenić ten widok. Pomimo całego gówna, dzięki Front Range, wyżej podnosiłem głowę, gdy wychodziłem z domu. A gdy wracałem, odwracałem się do pasma, mimo że często był już zmrok, i zmuszałem się do zadarcia głowy.

Zawsze zaczyna się od drobnych kradzieży. Kupujesz w małym sklepie zwykłą lemoniadę, płacisz, a w międzyczasie sięgasz dłonią w dół, w te półki tuż pod kasą. Bierzesz tyle batonów, ile się da, i wychodzisz z uśmiechem na ustach skierowanym do miłej babki. Potem bierzesz kumpla, którego zostawiasz przy kasie, a sam idziesz w głąb sklepu i pakujesz do wewnętrznych kieszeni kurtki tyle, ile się da. Potem, w wieku czternastu lat, wkradasz się do tego samego sklepu od tyłu, wyłamując stare zamki, i leżysz do wczesnego ranka zadowolony, patrząc na to, co udało się zabrać w ciągu dwóch minut. A potem wracasz do domu, dostajesz opierdol, że znowu tak późno wracasz, kulisz głowę, mimo ukochanego pasma, i masz poczucie winy, ale nie tego, że się spóźniłeś, tylko tej cholernej kradzieży. Z biurka patrzy na ciebie kilka skradzionych słodkich napojów, które nie potrafią cię przekonać, że inni mają gorzej niż ty. Bądź wdzięczny, że masz gdzie spać, mówią. Inni ojcowie biją mocniej. Idź na spacer, przejdzie ci. Bądź wdzięczny za to, co masz.

Bądź wdzięczny za patologiczną rodzinę, bo mogło być gorzej.

***

Prawie nie spałem nic w nocy, dlatego wczesnym rankiem, kiedy zbliżał się wschód słońca, wyszedłem pobiegać. Po zrobieniu siedmiu kilometrów, mimo że już przy piątym czułem, że umieram, poszedłem pod upragniony zimny prysznic. Obiecałem sobie nie pić już więcej energetyków, ale po dwóch godzinach snu, coś mocnego było obowiązkiem. Kawa mogłaby nie pomóc, a naprawdę nie chciałem przespać całego dnia, bo i tak mój zegar biologiczny był rozpierdolony.

Tej nocy, bo oczywiście Mike nie wysłuchał do końca mojego pomysłu, pod chałupą, w której było laboratorium, pojawił się nieduży bus z naklejonym na boku napisem o przeprowadzkach. Troje nasz kucharzyków załadowało laboratorium i pojechało w stronę centrum do domu niewidomej i starej ciotki jednego z nich. Mike'owi nie chciało się oczywiście robić jakichś patrolów czy czegoś innego, dlatego wysłał tylko Scotta i Garetta, bo to oni zazwyczaj godzili się na jakieś niespodziewane, prawie niezaplanowane wypady. Ponoć wszystko przebiegło w należytym porządku. Połowa miasta spała, w tym ciotka Eastona. Jedno mieliśmy z głowy. Żyliśmy nadzieją, że o tej przeprowadzce wiedzieliśmy tylko my. Biznes miał kręcić się dalej, mimo że zostały nam tylko dwa kluby na sprzedaż amfetaminy.

Około trzeciej nad ranem udałem się do szpitala, w którym pracował nasz kumpel. Był akurat na dwunastogodzinnej nocce. Wyprosiłem go, żeby wylazł do mnie na parking, bo nie powinienem pojawiać się o tej godzinie na oddziale lub na izbie przyjęć, skoro nic mi nie dolegało. Te pielęgniarki czy inne baby zawsze były uprzedzone do takich typów jak ja. Nie wiedziałem, czy miałem wymalowane na czole, że byłem z mafii czy co. Albo że wziąłem sobie za niewolnicę siedemnastolatkę.

MAXIMILLIANOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz