Czas stanął w miejscu. W samym sercu piekła, w salonie płonącym od nienawiści i krwi, stał ten, którego najmniej się spodziewałam. Erick. Nie patrzył na mnie. Jego lodowato błękitne oczy utkwione były w kundlu, którego właśnie zabił, a potem powoli przeniosły się na przerażoną twarz Simona, który wciąż kulił się za nim.
Świat wrócił do normy z ogłuszającym rykiem.
Erick odwrócił się w stronę walczącej masy. Jego warknięcie było tak głębokie, tak pełne pierwotnej władzy alfy, że na ułamek sekundy zamarli nawet fanatycy Paktu. To nie był ryk obrońcy. To był ryk władcy, którego terytorium zostało zbezczeszczone przez robactwo.
Nie zamieniliśmy ani słowa. Nie było na to czasu.
– NA MNIE! – ryknęłam, a moje stado, wyrwane z szoku, zwarło szeregi.
Erick rzucił się w wir walki. Był jak niszczycielska siła natury. Tam, gdzie moi ludzie walczyli z desperacją, on walczył z czystą, zimną furią. Nie bronił się – on egzekwował. Jego pazury były jak stalowe szpony, a każde uderzenie łamało kości i gasiło życie. Walczył plecami do mnie, nie jako sojusznik, ale jako druga burza, która przypadkiem uderzyła w to samo miejsce.
Obecność drugiego alfy na polu bitwy, nawet wrogiego, zmieniła wszystko. Chaos zaczął nabierać kształtów. Kundelska fala, która jeszcze przed chwilą nas zalewała, teraz rozbijała się o dwa niewzruszone filary.
Mój wzrok przeskoczył na Jake'a. Wciąż walczył z cieniem na schodach. Zabójca był szybszy, bardziej zwinny, i powoli spychał mojego przyjaciela ku ostateczności. Jake potknął się o własną ranną nogę, a jego przeciwnik uniósł zakrzywiony nóż do śmiertelnego ciosu.
Nie miałam czasu dobiec. Zamiast tego, chwyciłam z podłogi ciężki, mosiężny świecznik i cisnęłam nim z całej siły. Uderzył zabójcę w tył głowy z głuchym trzaskiem. To nie był cios nokautujący, ale wystarczył. Zachwiał się, a to dało Jake'owi sekundę, której potrzebował. Mój przyjaciel z rykiem wbił własne pazury w pierś napastnika i pociągnął, kończąc walkę w gejzerze krwi.
– MAX! – wrzasnęłam, rzucając się w stronę korytarza, gdzie wciąż trwała walka.
Wpadłam tam razem z Erickiem, który podążył tuż za mną, jakby czytał w moich myślach. Widok był makabryczny. Moi ludzie byli przygwożdżeni. Wojownicy Paktu, opancerzeni w skórzane, wzmacniane metalem kamizelki, walczyli jak zdyscyplinowany oddział. Używali kusz, krótkich mieczy i poruszali się w formacji. Max, ranny w bark, opierał się o ścianę, broniąc resztkami sił przejścia.
Nasze połączone uderzenie było jak taran. Furia dwóch alfów, uderzająca jednocześnie z dwóch stron, rozerwała ich formację na strzępy. Pancerze, które chroniły ich przed moimi ludźmi, okazały się bezużyteczne przeciwko miażdżącej sile naszych szczęk.
Walka w korytarzu zamieniła się w rzeź. Trwało to może minutę, ale wydawało się wiecznością.
W końcu zapadła cisza. Ciężka, przerywana tylko dyszeniem i jękami rannych. Staliśmy pośrodku pobojowiska, ja i Erick. Ociekaliśmy krwią – moją, jego i wrogów. Patrzyliśmy na siebie przez pobitych, martwych wojowników Paktu.
Nagle z salonu dobiegł nas powolny, miarowy dźwięk.
Klaskanie.
Odwróciliśmy się gwałtownie. Wyrwy po zabitych deskami oknach nie były już puste. W największej z nich, oświetlona jedynie bladym światłem gwiazd, którego wcześniej nie było, stała ona. Biała Wilczyca.
Była teraz w ludzkiej postaci. Wysoka, przerażająco piękna, ubrana w prostą, białą suknię, która zdawała się lśnić w mroku. Jej platynowe włosy opadały na ramiona. Uśmiechała się, a jej powolne klaskanie odbijało się echem w zrujnowanym domu.
– Brawo – powiedziała Luna, a jej głos był czysty jak kryształ i zimny jak lód. – Co za pasjonujące przedstawienie. Mój stary rywal, Erick. I moja mała, zagubiona siostra, Rebeka. Razem. Jakież to wzruszające.
Zadrżałam na dźwięk słowa „siostra".
– Myśleliście, że to była armia? – zachichotała, wskazując gestem na dziesiątki ciał wrogów. – Dzieci. To była tylko przynęta. Rozgrzewka, by sprawdzić, ile naprawdę jesteście warci.
Uniosła dłoń, a z mroku za nią zaczęły wyłaniać się nowe postacie. Nie kundelska dzicz. Nie opancerzeni zabójcy. To byli oni. Wojownicy Paktu Cienia w pełnej formie. Ogromne, dwunożne bestie, pół-wilki, pół-ludzie, o oczach płonących czystą nienawiścią. Było ich co najmniej dwudziestu.
Luna spojrzała prosto na mnie, a jej uśmiech zniknął, zastąpiony przez wyraz absolutnej pogardy.
– Nów się jeszcze nie skończył, Rebeko. A teraz... zacznijmy prawdziwą ofiarę.
CZYTASZ
She alpha
SonstigesWiecie jak to jest być tą inną. Inni na moim miejscu by się cieszyli,a ja zamiast tego uciekłam od obowiązków, które zdobyłam. A teraz muszę wracać z powrotem do miejsca, w którym się wychowała. Okładka mojego autorstwa.
