Droga powrotna z miasta była jak jazda przez tunel, w którym jedynym światłem były słowa Davida, wypalające się na siatkówce mojego umysłu. Trzy dni. Każdy kilometr zbliżał mnie do domu, ale też przybliżał termin egzekucji. Świat za szybą samochodu toczył się normalnym rytmem – ludzie śmiali się, robili zakupy, spieszyli się do swoich zwykłych, bezpiecznych żyć. Byli ślepi na wojnę, która toczyła się tuż pod powierzchnią ich rzeczywistości.
Nie zadzwoniłam do Maksa, by go uprzedzić. Takich wieści nie przekazuje się przez telefon.
Gdy moje Audi wjechało na podjazd, w posiadłości panowała napięta, ale uporządkowana krzątanina. Max potraktował moje rozkazy śmiertelnie poważnie. Wszędzie widziałam wzmocnione patrole, a nawet okna na parterze zostały częściowo zabarykadowane od wewnątrz. Mój dom powoli zamieniał się w twierdzę.
Wpadłam do środka jak burza, rzucając kluczyki na najbliższy stolik.
– Max! Jake! Do gabinetu! Natychmiast! – mój głos poniósł się po holu, ucinając wszelkie rozmowy.
Gdy tylko zamknęli za sobą drzwi, nie dałam im dojść do słowa. W jednym, rwącym potoku słów, wyrzuciłam z siebie wszystko, czego dowiedziałam się od Davida: nazwę Dzieci Upadłej Luny, ich fanatyczną ideologię oczyszczenia, tytuł ich przywódczyni i, co najgorsze, ich metodę działania.
– Infiltracja – powiedziałam, a to jedno słowo zawisło w powietrzu jak wyrok śmierci. – Oni nie atakują z zewnątrz. Oni najpierw zatruwają od środka.
Twarz Maksa stężała, a jego dłonie zacisnęły się w pięści. – Ten sojusz... Spotkanie alfów... To dlatego wiedzieli. Ktoś z nich musiał być ich wtyką.
– Albo wszyscy – dodał ponuro Jake, opierając się ciężko o biurko. – Jeśli rekrutują niezadowolonych, to każdy, kto czuje się niedoceniony, jest potencjalnym celem.
– I to jest ich najpotężniejsza broń – podsumowałam, czując lodowaty ucisk w żołądku.
– Paranoja. Jeśli zaczniemy szukać zdrajców, sami wykonamy za nich robotę. Rozszarpiemy się nawzajem.
Przez chwilę milczeliśmy, a ciężar tej prawdy przygniótł nas wszystkich. Nasza największa siła
– jedność stada – była jednocześnie naszą największą słabością.
– Jest coś jeszcze – powiedziałam w końcu, zmuszając się, by spojrzeć im w oczy. – Ich moc jest największa podczas nowiu. Uderzą za trzy dni.
Cisza, która zapadła, była głośniejsza niż jakikolwiek krzyk. Trzy dni. Czas przestał być miarą, a stał się odliczaniem.
– Musimy zwołać resztę sojuszu! Ostrzec ich! – powiedział gorączkowo Jake.
– Nie! – sprzeciwił się natychmiast Max. – Nie wiemy, komu ufać. Przekazując im tę informację, możemy ją przekazać prosto w ręce Luny.
– Max ma rację – przyznałam z ciężkim sercem. – Jesteśmy sami. Musimy przyjąć, że każdy, kto nie jest w tym pokoju, jest potencjalnym wrogiem.
Wyszłam z gabinetu, a oni podążyli za mną. Stanęłam na schodach, tak by całe moje stado, zebrane w holu, mogło mnie widzieć. Ich twarze były pełne pytań i strachu.
– Słuchajcie! – mój głos zabrzmiał mocno i pewnie, choć w środku czułam się krucha jak szkło. – Wróg, z którym walczymy, ma imię. Nazywają siebie Dziećmi Upadłej Luny. Nie chcą naszego terytorium. Chcą naszej krwi. Chcą zniszczyć wszystko, czym jesteśmy.
Szmer niepokoju przeszedł przez tłum.
– Dowiedziałam się, kiedy zaatakują. Uderzą w najciemniejszą noc. W noc nowiu. To daje nam trzy dni na przygotowanie się na piekło.
Spojrzałam po ich twarzach, widząc strach, ale i rodzącą się determinację.
– Wiem, że się boicie. Ja też. Ale nie pozwolę, by ten strach nas złamał. Przez następne trzy dni ten dom stanie się fortecą nie do zdobycia. Każde okno, każde drzwi, każdy metr ziemi będzie przez nas broniony. Zapomnijcie o spaniu. Zapomnijcie o odpoczynku. Będziemy trenować, pracować i przygotowywać się, aż wróg stanie u naszych bram.
Zrobiłam krok do przodu, a mój głos obniżył się do szeptu, który niósł się po całym pomieszczeniu.
– Oni wierzą, że chaos jest naszą prawdziwą naturą. Chcą, żebyśmy zwrócili się przeciwko sobie. Żebyśmy utonęli w strachu i podejrzeniach. Ale my im tego nie damy. Zaufajcie osobie stojącej obok was. Zaufajcie swojemu alfie. Oni przynoszą mrok, ale my powitamy ich ogniem.
Gdy zapadł zmierzch pierwszego dnia, nasz dom nie był już domem. Był ostatnim bastionem. W powietrzu unosił się zapach świeżo ciętego drewna do barykad i metalu ostrzonej broni. Patrzyłam, jak moi ludzie pracują ramię w ramię, a ich strach powoli ustępował miejsca zimnej, cichej furii.
Zegar zaczął tykać. Mieliśmy siedemdziesiąt dwie godziny, by przygotować się na koniec naszego świata.
CZYTASZ
She alpha
LosoweWiecie jak to jest być tą inną. Inni na moim miejscu by się cieszyli,a ja zamiast tego uciekłam od obowiązków, które zdobyłam. A teraz muszę wracać z powrotem do miejsca, w którym się wychowała. Okładka mojego autorstwa.
