20

4 0 0
                                        


Powietrze w cichej kawiarni zgęstniało, a gwar odległych rozmów i brzęk filiżanek zniknął, zastąpiony przez dudnienie krwi w moich uszach. Strach w oczach Davida był tak autentyczny, tak głęboki, że zdusił we mnie resztki nadziei. Znalazłam kogoś, kto znał symbol. Ale jego reakcja sugerowała, że wolałabym tej wiedzy nie posiadać.

– Mów – powiedziałam, a mój głos był cichy, ale twardy jak diament. – David, mów natychmiast, co to jest.

Przez chwilę patrzył na mnie, jakby zastanawiał się, czy nie zerwać się i uciec. Przesunął nerwowo językiem po wargach.

– To jest znak śmierci, Rebeko – wyszeptał w końcu. – Znak tych, których się nie nazywa. Skąd go masz?

Nie mogłam mu powiedzieć wszystkiego. Nie o moim statusie alfy, nie o mojej watasze. Ale musiałam dać mu wystarczająco dużo, by mi zaufał.

– Znalazłam go w starym dzienniku mojego przodka – powiedziałam, ostrożnie dobierając słowa. – Pisał o cichej wojnie, o wrogu, który toczył jego stado od środka. Zginął niedługo po tym, jak narysował ten symbol. Teraz ta sama grupa poluje na moich ludzi. Widziałam ich przywódczynię. To biała wilczyca.

Wspomnienie o białej wilczycy było kluczem. David wzdrygnął się, jakby uderzył w niego niewidzialny prąd. Zamknął oczy i westchnął ciężko, jak człowiek, który musi wrócić do miejsca, z którego uciekał przez całe życie.

– Pakt Cienia... tak ich nazywacie? – spytał cicho, bardziej stwierdzając, niż pytając. – To tylko ich żołnierze. Ich pazury i kły. Ale ten symbol... on nie należy do nich. On reprezentuje ich panie.
Pochylił się nad stołem, a jego głos zniżył się do konspiracyjnego szeptu.

– Nazywają siebie Lunae. Córki Księżyca. To matriarchalny kult, stary jak sama nasza rasa. Wierzą, że męscy alfowie, tacy jak nasi ojcowie, zepsuli naszą krew. Uczynili nas słabymi, cywilizowanymi, zbyt ludzkimi. Ich celem jest „oczyszczenie". Chcą zniszczyć obecny porządek i przywrócić pierwotne, dzikie prawo, gdzie rządzi tylko siła i instynkt. A one, oczywiście, mają stać na samym szczycie.

Słuchałam go w osłupieniu. Wszystkie elementy układanki zaczęły wskakiwać na swoje miejsce. Zorganizowana agresja, pogarda dla tradycyjnych watah, precyzja ataków.

– Białe wilki to ich święta linia krwi – kontynuował David, a w jego głosie pobrzmiewała mieszanka nienawiści i zabobonnego lęku. – Uważają się za boginie, potomkinie pierwszej wilczycy. Ta, którą widziałaś, to prawdopodobnie ich arcykapłanka. Ich Prima Luna. A one nie tylko zabijają, Rebeko. To byłoby zbyt proste. One „nawracają". Potrafią złamać wolę wilkołaka, zerwać jego więź z alfą i zmienić go w fanatycznego wyznawcę swojej sprawy. To właśnie miał na myśli twój przodek, pisząc o „zarazie od środka". Ich największą bronią nie są kły, ale szept.

Nagle zrozumiałam. To dlatego nie zabili nas na Wrzosowiskach. Chcieli, bym wróciła złamana, bym zasiała strach i zwątpienie w sercach moich ludzi, przygotowując grunt pod ich szepty.

– Mówiłeś, że twoja wataha zginęła z rąk kundli... – zaczęłam cicho.

David skinął głową, a jego oczy zaszkliły się na moment.

– To nie były kundle. To był Pakt Cienia. Nosili ten symbol, wypalony na ramionach. Zjawili się pewnej nocy i zażądali, by mój ojciec, nasz alfa, ukląkł przed ich wysłanniczką. Odmówił. Do świtu nikt oprócz mnie nie przeżył. Matka ukryła mnie w piwnicy pod podłogą. Słyszałem wszystko. Każdy krzyk.

Milczałam, niezdolna znaleźć słowa, które mogłyby ukoić taką traumę. David wziął głęboki, drżący oddech.

– Posłuchaj mnie, Rebeko. Wiem, że jesteś silna, ale walka z nimi to nie to samo, co walka z innymi wilkami. Stare legendy mówią, że jedyną obroną przed szeptem Lunae jest idealna równowaga. Alfa, który nie pozwolił, by jego wilk pożarł człowieka, ani by człowiek uwięził wilka. Każde pęknięcie, każda wątpliwość w twojej duszy jest dla nich otwartą bramą.

– Czy jest cokolwiek, co może nam pomóc? Jakieś miejsce, imię?

Zastanawiał się przez chwilę. – Moja matka, zanim... zanim umarła, opowiadała mi stare historie. Wspominała o ukrytych sanktuariach Lunae, miejscach ich mocy. Jedna nazwa powtarzała się częściej niż inne. „Srebrna Kolebka". Nie mam pojęcia, gdzie to jest, ani nawet czym jest. To tylko nazwa z opowieści na dobranoc.

„Srebrna Kolebka". Kolejny element układanki, równie nieuchwytny jak poprzednie. Gdy zbieraliśmy się do wyjścia, David chwycił mnie za ramię. Jego uścisk był mocny, a w oczach miał błagalny wyraz.

– Rebeko, jeszcze jedno. Obiecaj mi. Jeśli znów zobaczysz białą wilczycę, nie walcz z nią. Uciekaj. Jej celem nie jest twoja śmierć. Jest nim twoja dusza. Chce cię złamać i uczynić jedną z nich. A z tego, co słyszałem... jej jeszcze nigdy się nie zdarzyło ponieść porażki.

Wyszłam z kawiarni i wkroczyłam w zalane słońcem ulice miasta. Ale dla mnie słońce już nie świeciło. Przyjechałam tu szukać odpowiedzi, a znalazłam tylko mroczniejszą, głębszą otchłań. Wojna, którą toczyłam, nie była o terytorium. Była o przetrwanie samego sensu bycia tym, kim jestem.

She alphaOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz