Pojawienie się Ericka zadziałało na bitwę jak uderzenie pioruna w taflę jeziora. Chaos na ułamek sekundy zamarł, by zaraz wybuchnąć z nową, morderczą siłą. Ale tym razem to nie była desperacka obrona. To była rzeź.
Szary wilk nie walczył z gracją. Walczył jak taran. Po zmiażdżeniu niedoszłego zabójcy Simona, rzucił się na kolejnego kultystę. Jego styl był brutalny, pozbawiony finezji, ale zabójczo skuteczny. Nie tracił czasu na grożenie czy dominację – on po prostu eliminował cele.
Widok znienawidzonego rywala, który bronił mojego stada, zadziałał na mnie jak policzek. Wstyd mieszał się z nową falą adrenaliny. Mój dom. Moja wataha. Moja walka.
– Na nich! – ryknęłam, rzucając się na najbliższego napastnika.
Moi ludzie, widząc, że szala zwycięstwa drgnęła, odzyskali ducha walki. Strach przed "demonami" zniknął, zastąpiony przez pierwotną furię. To nie były już nadprzyrodzone istoty z koszmarów. To było mięso, które krwawiło, gdy się je gryzło.
Max i jego oddział wreszcie przebili się przez korytarz. Wpadli do salonu, tworząc drugą linię ataku, biorąc napastników w kleszcze. Kundle z Paktu Cienia, które jeszcze przed chwilą zalewały nas jak fala, teraz znalazły się w pułapce. Ich fanatyzm nie wystarczał w starciu z zimną furią dwóch Alf.
Zobaczyłam Jake'a, który podniósł się z ziemi, ignorując rany, i dobił swojego przeciwnika kolbą strzelby. Matka Simona, trzymając syna jedną ręką, drugą ciskała ciężkim wazonem w głowę kultysty, który próbował się do nich zbliżyć.
Bitwa w salonie trwała jeszcze może minutę, ale wydawało się to wiecznością. Kiedy ostatni napastnik padł z gardłem rozszarpanym przez Maxa, w pomieszczeniu zapadła ciężka cisza, przerywana tylko chrapliwym oddechem wilków i cichym płaczem dziecka.
Salon był ruiną. Meble były w drzazgach, podłoga śliska od krwi, a zimny wiatr wpadał przez wybite okna.
Na środku tego pobojowiska stał Erick. Jego szare futro było poplamione cudzą krwią, a bok miał rozcięty, ale stał pewnie. Powoli, z chrzęstem kości, zaczął wracać do ludzkiej formy.
Zrobiłam to samo. Chwilę później staliśmy naprzeciw siebie – ja, w podartej koszuli, boso na szkle, i on, nagi od pasa w górę, ociekający posoką.
Max i Jake natychmiast stanęli u mojego boku, gotowi do ataku, niepewni intencji intruza. Erick nawet na nich nie spojrzał. Jego zimne, błękitne oczy były utkwione we mnie.
– Twoja „forteca" – powiedział chrapliwym głosem, wskazując gestem na zdemolowany salon – jest dziurawa jak sito, Rebeko.
– Uratowałeś go – zignorowałam jego drwinę, wskazując głową na Simona, którego matka właśnie wynosiła do kuchni. – Dlaczego?
Erick splunął krwią na podłogę.
– Bo w przeciwieństwie do ciebie, ja nie czekam, aż wróg zapuka do moich drzwi. Obserwowałem ich zwiadowców od dwóch dni. Wiedziałem, że uderzą tutaj.
– Byłeś tu cały czas? – zapytał Max, marszcząc brwi. – W piwnicy? Jakim cudem cię nie wyczuliśmy?
Erick prychnął pogardliwie.
– Maskowałem zapach. Stara sztuczka, o której wy, miastowe wilki, pewnie zapomnieliście. Wszedłem starym kanałem odpływowym. Czekałem.
– Czekałeś, aż nas wyrżną? – warknął Jake.
– Czekałem, aż się odsłonią – poprawił go zimno Erick. – Gdybym zaatakował ich w lesie, uciekliby i wrócili z posiłkami. Musieli wejść w pułapkę. Musieli myśleć, że wygrywają.
Podeszłam do niego bliżej. Dzieliło nas zaledwie pół metra. Czułam od niego zapach lasu, krwi i surowej, męskiej siły.
– Użyłeś nas jako przynęty – stwierdziłam fakt, czując wzbierający gniew.
– Użyłem was, żeby zabić ich dowódcę polowego – odparł spokojnie, po czym kopnął ciało wilka, którego zabił jako pierwszego. – Ten tutaj. To on dowodził atakiem na Wrzosowiskach. To on zabił ludzi mojego sąsiada. Dziś ja zabiłem jego. Rachunek wyrównany.
Patrzyłam na niego i po raz pierwszy widziałam coś więcej niż tylko arogancję. Widziałam stratega. Bezwzględnego, brutalnego, ale skutecznego. Uratował Simona, choć nie musiał. Mógł czekać dłużej. Mógł pozwolić im zabić dziecko, by zyskać lepszą pozycję. Ale tego nie zrobił.
– Odeszli? – zapytałam, patrząc na ciemne okna.
– Ci tutaj nie żyją – odparł Erick. – Ale to była tylko pierwsza fala. Szpica. Testowali twoją obronę. I uwierz mi, Rebeko, oblałaś ten test. Gdyby nie ja, wszyscy byście już nie żyli.
Chciałam zaprotestować, unieść się dumą, ale słowa uwięzły mi w gardle. Miał rację. Byliśmy przygotowani na oblężenie, a oni weszli do nas jak do siebie.
– Więc co teraz, wielki alfo? – zapytałam, krzyżując ramiona. – Skoro jesteś taki mądry, powiedz mi, co robimy?
Erick uśmiechnął się. Nie był to miły uśmiech. Był to uśmiech wilka, który widzi owcę proszącą o radę.
– Teraz? Teraz przestajemy się bawić w barykady. Skoro już znają drogę do twojego domu, to ten dom jest spalony. Dosłownie i w przenośni. Nie obronisz go.
Podszedł do wybitego okna i spojrzał w noc.
– Masz godzinę, żeby spakować to, co niezbędne. Zabieram was do siebie. Na moje terytorium.
Max ruszył gwałtownie do przodu.
– Nigdzie z tobą nie pójdziemy! To może być kolejna pułapka!
Rebeka uniosła rękę, uciszając go. Patrzyła na plecy Ericka. Na jego napięte mięśnie, na pewność siebie, z jaką stał w jej zrujnowanym domu.
– Mówiłeś, że nienawidzisz sojuszy – przypomniałam mu nasze pierwsze spotkanie.
Erick odwrócił się powoli. W jego oczach nie było już drwiny. Była tam mroczna powaga.
– Nadal ich nienawidzę. Ale Dzieci Luny to zaraza. Jeśli spalą twój dom i zabiją twoją watahę, urosną w siłę. A potem przyjdą po mnie. Wolę mieć cię żywą i dłużną mi przysługę, niż martwą.
Spojrzałam na moich ludzi. Na rannych, na przerażonych, na matkę tulącą Simona. Ten dom był moim dziedzictwem, ale był tylko budynkiem. Oni byli moją watahą.
– Max – powiedziałam cicho. – Pakujcie się. Bierzemy tylko broń, leki i dokumenty. Zostawiamy resztę.
– Rebeko... – zaczął Max.
– To rozkaz! – warknęłam. – Wychodzimy.
Gdy wszyscy rzucili się do gorączkowych przygotowań, zostałam na chwilę sam na sam z Erickiem.
– Nie myśl, że ci ufam – powiedziałam cicho.
Erick podszedł do mnie, nachylając się tak, że jego usta znalazły się tuż przy moim uchu.
– Nie musisz mi ufać, modelko. Musisz mnie tylko słuchać, jeśli chcesz dożyć świtu. Bo prawdziwa Luna... ona dopiero zaczyna zabawę.
CZYTASZ
She alpha
LosoweWiecie jak to jest być tą inną. Inni na moim miejscu by się cieszyli,a ja zamiast tego uciekłam od obowiązków, które zdobyłam. A teraz muszę wracać z powrotem do miejsca, w którym się wychowała. Okładka mojego autorstwa.
