22

4 0 0
                                        


Przez moment, który zdawał się trwać wieczność, staliśmy sparaliżowani na skraju lasu. Jedynym dźwiękiem, który przerywał śmiertelną ciszę nocy, był monotonny, przerażający szept złamanego wilka. „Księżyc wzywa... Księżyc wzywa...". To była mantra szaleństwa, psychiczna trucizna, którą wróg zostawił na naszym progu. Czułam, jak strach rozprzestrzenia się wśród moich ludzi, jak zimny ogień trawiący ich odwagę. Prima Luna nie musiała tu być, by na nas polować. Jej głos rozbrzmiewał teraz w głowie każdego z nas.
Zimna furia stłumiła mój własny lęk. To była gra. Próba sił. A ja nie zamierzałam okazać słabości.
Wystąpiłam do przodu i powoli podeszłam do klęczącej postaci. Uklękłam przed nim, zmuszając go, by spojrzał mi w oczy, choć wiedziałam, że tak naprawdę mnie nie widzi. Jego źrenice były rozszerzone, czarne studnie bez dna.

– Erik Rich nie żyje – powiedziałam do niego twardo i wyraźnie, używając imienia jego martwego towarzysza. – Twoja wataha cię potrzebuje. Twój alfa cię wzywa. Wróć.

Spróbowałam użyć mojego głosu alfy, wplatając w niego nutę rozkazu, ale moja moc odbiła się od niego jak od szklanej ściany. Był tam, ale jego umysł był zamknięty, uwięziony w pętli szeptu. Był żywą demonstracją potęgi Lunae.

– Zabrać go – rozkazałam, odwracając się do Maksa. Mój głos nie drżał. – Zamknijcie go w pokoju na piętrze. Wygłuszcie drzwi. Ma mieć jedzenie i wodę, ale żadnego kontaktu. Jest ofiarą, ale jest też bronią wymierzoną w nas.

Gdy go zabierali, jego szept cichł w oddali, ale wiedziałam, że na zawsze pozostanie w pamięci tych, którzy go słyszeli. Podniosłam z ziemi pojedynczy, biały włos. Był długi i jedwabisty. Zwinęłam go ostrożnie i schowałam. To nie był już tylko dowód. To była obietnica zemsty.
Wieść o tym, co znaleźliśmy, rozeszła się po domu szybciej niż ogień po suchym lesie. Paranoja zaczęła kiełkować. Widziałam ją w ukradkowych spojrzeniach, w sposobie, w jaki wilki zbijały się w małe grupki, szepcząc między sobą. Wróg był już wewnątrz naszych murów. Nie fizycznie, ale w naszych umysłach.

Wiedziałam, że nie możemy tak dłużej trwać. Bierna obrona była drogą do samounicestwienia.
Następnego ranka Jake wpadł do biblioteki, a jego oczy płonęły z podniecenia.

– Nie znalazłem nic o „Srebrnej Kolebce" – zaczął, a moje serce na moment zamarło. – Ale znalazłem to.

Rozwinął na stole starą, pożółkłą mapę regionu, pochodzącą sprzed ponad dwustu lat. Była niedokładna, narysowana ręcznie. – To mapa terytoriów z czasów, gdy watahy prowadziły ze sobą otwarte wojny. Zobacz tutaj.

Wskazał palcem na odległy, górzysty obszar, daleko na północny wschód, oznaczony jako Ziemie Niczyje. Nie było tam żadnej nazwy. Ale tuż obok zbiegu dwóch rzek, u stóp góry, która na mapie miała kształt sierpa, ktoś narysował mały, ledwo widoczny symbol. Półksiężyc. ☽.

– To musi być to – szepnęłam. To był nasz jedyny trop. Nasza jedyna nadzieja.

Decyzja zapadła natychmiast. Musieliśmy się tam udać.

– Ja, Max i dwóch najlepszych zwiadowców – ogłosiłam wieczorem, zbierając wewnętrzny krąg. – Wyruszamy o świcie.

– Nie ma mowy! – zaprotestował od razu Jake. – Nie puszczę cię tam samej. Moja noga jest już...

– Twoja noga wciąż jest słaba – przerwałam mu, kładąc dłoń na jego ramieniu. – Potrzebuję cię tutaj, Jake. Potrzebuję twojego umysłu, nie mięśni. Będziesz dowodził obroną razem z resztą. Jesteś moimi oczami i uszami, gdy mnie nie będzie.

Choć był wściekły, zrozumiał. Wiedział, że mam rację.

Gdy o świcie, w szarym, zimnym świetle, szykowaliśmy się do wyjścia, Jake odciągnął mnie na bok. Wcisnął mi w dłoń mały, chłodny przedmiot. Był to stary, srebrny medalion, wytarty i poczerniały ze starości.

– Należał do mojej prababki – powiedział cicho. – Mówiła, że czyste srebro nie tylko pali skórę tych, którzy zatracili się w wilku. Rani też umysły tych, których umysły zostały uwięzione przez mrok. To tylko legenda, ale...

– Dziękuję – przerwałam mu, zaciskając palce na medalionie. Czułam jego chłód na skórze. Był to mały, realny kawałek nadziei.

W milczeniu, czteroosobowy oddział wymknął się z domu i zniknął w porannej mgle. Gdy oddalaliśmy się od posiadłości, wiatr przyniósł ze sobą ostatni, ledwo słyszalny dźwięk z piętra. Odległy, żałosny szept, który zdawał się być jednocześnie pożegnaniem i przepowiednią.

„Księżyc wzywa...".

She alphaOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz