32

1 0 0
                                        


Las, który tej nocy przemierzaliśmy, nie był tym samym lasem, w którym bawiłam się jako dziecko. Drzewa wydawały się wyższe, bardziej złowrogie, a cienie między nimi gęstsze, jakby sama natura wstrzymała oddech w oczekiwaniu na rozlew krwi.

Biegłam na czele, w swojej wilczej formie, czując pod łapami wilgotną ziemię i zeschłe liście. Tuż obok mnie, ramię w ramię – a raczej bark w bark – biegł Ericks. Jego masywna, szara sylwetka poruszała się z zaskakującą gracją. Za nami pędziła wataha, która jeszcze godzinę temu była gotowa rozerwać sobie gardła, a teraz stanowiła jeden, zjednoczony organizm dążący do celu. Mój oddział i jego elita. Dwa stada, jedna zemsta.

Jake biegł na tyłach, mimo protestów. Jego ranna łapa sprawiała, że kulał, ale warknął na mnie, gdy próbowałam kazać mu zostać. „Albo zginę tam z wami, albo tutaj ze wstydu" – powiedział. Nie miałam serca mu odmawiać. Wiedziałam, że lojalność jest silniejsza niż ból.

Wrzosowiska zbliżały się nieuchronnie. Wiatr zmienił kierunek, przynosząc zapach, od którego sierść na moim karku stanęła dęba. To nie była woń spalenizny czy zgnilizny. To był zapach ozonu, starej krwi i szałwii – duszący aromat rytuału.

Zwolniłam, dając mentalny sygnał reszcie: Cisza. Rozproszyć się.

Ericks zrozumiał bez słów. Jego wilki odbiły na lewo, by okrążyć ruiny od strony starych kamieniołomów. Moi ludzie, pod dowództwem Maksa, wzięli prawą flankę. Ja zostałam w środku, mając przed sobą główną drogę do klasztoru.
Podpełzliśmy do krawędzi lasu. To, co zobaczyliśmy, zmroziło mi krew w żyłach skuteczniej niż jakikolwiek chłód nocy.
Ruiny klasztoru nie były puste. Płonęły setkami pochodni, które rzucały na zniszczone mury drgające, upiorne cienie. Pośrodku dziedzińca, tam gdzie kiedyś stał ołtarz, teraz wznosiła się drewniana konstrukcja przypominająca szafot.
Wokół niej zgromadził się tłum. Nie byli to tylko kundle w łachmanach. Widziałam ludzi w drogich garniturach, kobiety w eleganckich sukniach, a obok nich brudnych wojowników z prymitywną bronią. Pakt Cienia łączył ich wszystkich – bogatych i biednych, silnych i słabych – w jednym, chorym fanatyzmie.

Ale to nie tłum przykuł moją uwagę. To postać stojąca na podwyższeniu.

Biała wilczyca. Luna.

Tym razem była w ludzkiej postaci. Kobieta o bladej cerze i długich, siwych włosach, które opadały na jej plecy niczym płaszcz. Była piękna w sposób, który budził lęk. Jej oczy, nawet z tej odległości, lśniły fanatycznym blaskiem.
Uniosła ręce, a tłum zamilkł.

– Dzieci Nocy! – jej głos był czysty i melodyjny, niosący się echem po kamiennych murach. – Przez wieki ukrywaliśmy się w cieniu, czekając na sprawiedliwość. Fałszywi alfowie, zapatrzeni w swoje małe wojenki, zapomnieli o prawdziwej naturze wilka. Zapomnieli, że jesteśmy drapieżnikami, a nie politykami!

Tłum zawył z aprobatą.

– Dziś – kontynuowała, wskazując na niebo, na którym czerniał nów – otwieramy bramę. Dziś krew zdrajców użyźni ziemię, by Prawdziwy Król mógł powrócić!

Na jej znak dwóch zbrojnych wyciągnęło z cienia dwie postacie. Byli to mężczyźni, pobici, ledwo trzymający się na nogach, z workami na głowach. Gdy zdarli im kaptury, poczułam, jak serce podchodzi mi do gardła.

To byli zwiadowcy z watahy naszego sojusznika. Ci, których uznaliśmy za martwych podczas pierwszej akcji. Żyli. Ale ich życie miało potrwać tylko chwilę dłużej.

Luna wyciągnęła sztylet. Ostrze było wykonane z czarnego szkła – obsydianu.

– Ich krew za Jego powrót! – krzyknęła.

W tym momencie nie mogłam już czekać. Jeśli mieliśmy zaatakować, to teraz. Spojrzałam w lewo, gdzie w cieniu czaił się Ericks. Jego szare oczy spotkały moje. Skinął łbem.
Wzięłam głęboki oddech, wypełniając płuca zapachem wroga, i wydałam z siebie ryk, który wstrząsnął ruinami.

To nie był ryk ostrzegawczy. To był sygnał do rzezi.

Wypadliśmy z lasu jak lawina. Z trzech stron jednocześnie – ja, Ericks i Max – uderzyliśmy w tłum kultystów. Zaskoczenie było totalne. Eleganccy wyznawcy wpadli w panikę, tratując się nawzajem, gdy nasze wilki wbijały się w ich szeregi.
Wkroczyłam na dziedziniec, taranując dwóch strażników. Moim celem była tylko ona. Biała wilczyca.

Luna nie uciekała. Stała na podwyższeniu, patrząc na chaos z zimnym uśmiechem, jakby dokładnie tego się spodziewała. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, nie zobaczyłam w niej strachu. Zobaczyłam triumf.

– Witaj, wnuczko przegranego – powiedziała, jej głos przebił się przez zgiełk bitwy.

Rzuciłam się w jej stronę, chcąc zakończyć to jednym ciosem. Byłam w połowie skoku, gdy nagle powietrze wokół ołtarza zgęstniało. Niewidzialna siła uderzyła we mnie jak młot, odrzucając mnie do tyłu.

Upadłam na kamienie, tracąc dech. To nie była siła fizyczna. To była magia. Stara, zapomniana wilcza magia.

Luna zaśmiała się.

– Myślisz, że walczysz tylko kłami, mała alfo? – zapytała, a obsydianowy nóż w jej ręku rozbłysnął fioletowym światłem. – Przyprowadziłaś mi dokładnie to, czego potrzebowałam. Więcej krwi. Więcej siły.

Podniosła sztylet nad jednym z jeńców.

– Ericks! – wrzasnęłam, próbując wstać, mimo że magiczna bariera przygniatała mnie do ziemi.

Szary wilk przebił się przez linię obrony i skoczył w stronę podwyższenia, ignorując barierę. Siła uderzenia spaliła mu futro na piersi, ale jego impet był tak duży, że przebił się przez pole siłowe.

Uderzył w Lunę, zrzucając ją z podestu. Sztylet wypadł jej z ręki, dzwoniąc o kamienie. Jeniec, wciąż żywy, osunął się na deski.

Bariera zniknęła. Zerwałam się na równe nogi. Bitwa wokół nas wrzała, ale teraz centrum wydarzeń stanowił ten jeden fragment ziemi pod ołtarzem.

Luna podniosła się z nienaturalną gracją. Jej ciało zaczęło falować, zmieniać kształt. Białe futro wystrzeliło z jej skóry. Po chwili stała przed nami jako potężna wilczyca, większa niż jakikolwiek samiec, jakiego widziałam.

Zawyła, a ziemia pod nami zadrżała. Płyty dziedzińca zaczęły pękać.

– Myślicie, że przerwaliście rytuał? – jej głos rozbrzmiał w naszych głowach, telepatyczny i potężny. – Wy go właśnie dopełniacie. Krew wojowników jest najlepszym atramentem.
Z pęknięć w ziemi zaczęła wydobywać się czarna mgła. Cienie zaczęły się formować w kształty. Nie były to wilki. Było to coś starszego. Coś, co spało pod tymi ruinami od wieków.
Spojrzałam na Ericksa. Stał obok mnie, dysząc ciężko, z poparzoną piersią.

– Co to jest? – warknął.

– To, o czym pisał mój przodek – odparłam, czując, jak pierwotny lęk ściska mi żołądek. – Zaraza. Ona nie przyzywa króla. Ona budzi demony.

Luna rzuciła się na nas. A z nią cienie.

Prawdziwa walka dopiero się zaczęła.

She alphaOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz