23

2 0 0
                                        


Atmosfera w cichej kawiarni zgęstniała, stając się niemal duszna. Przerażenie w oczach Davida było tak autentyczne, tak głębokie, że poczułam, jak po moich plecach przebiega zimny dreszcz. To nie była reakcja kogoś, kto rozpoznał stary symbol watahy. To był lęk istoty, która spojrzała w twarz swojemu najgorszemu koszmarowi.

– Mów – rozkazałam cicho, a mój głos był twardszy, niż zamierzałam. – Co to jest?

David nerwowo rozejrzał się po pustoszejącej kawiarni. Przysunął się bliżej, a jego szept był napięty i urywany.

– To nie jest symbol watahy. To jest znak kultu. Moi starsi nazywali ich Dziećmi Upadłej Luny. To sekta, Rebeko. Fanatycy, którzy wierzą, że nasze społeczeństwo, nasze prawa, sama idea alfy, to wszystko jest zepsuciem, zdradą naszej prawdziwej, dzikiej natury.

Oparłam się na krześle, a każde jego słowo układało się w makabryczną całość z zapiskami mojego przodka. Zaraza, która toczy nas od środka.

– Chcą nas zniszczyć – powiedziałam, bardziej stwierdzając fakt, niż zadając pytanie.

– Gorzej – odparł David. – Chcą nas „oczyścić". Wierzą, że przez chaos, rzeź i zniszczenie starych rodów przywrócą światu pierwotny porządek. Porządek, w którym rządzi tylko siła. Składają ofiary ze krwi wilkołaków swojej upadłej bogini. A ten symbol... – wskazał drżącym palcem na telefon. – To znak wyboru. Oznacza ród lub terytorium, które zostało naznaczone do oczyszczenia.

Przez moją głowę przemknął obraz dwóch wilków zginających w ruinach. To nie był atak. To była ceremonia

– Biała wilczyca – szepnęłam, a David wzdrygnął się, jakby usłyszał bluźnierstwo.
– Widziałam ją. Prowadziła ich.

– A więc to prawda – mruknął, a w jego oczach pojawiła się beznadzieja. – Legendy o niej przetrwały. To nie jest jej imię, Rebeko. To jej tytuł. Luna. Najwyższa kapłanka. Prorokini. Ten tytuł jest przekazywany w jednej, konkretnej linii krwi. Linii białych wilków, którą wieki temu wygnano właśnie za takie fanatyczne wierzenia. Myśleliśmy, że wymarli.

Nagle historia jego własnej tragedii nabrała nowego, straszliwego sensu.

– Twoja wataha... – zaczęłam, ale nie musiałam kończyć.

– To byli oni – potwierdził, a jego głos załamał się po raz pierwszy. – Nie zaatakowali nas. Oni nas zinfiltrowali. Przez miesiące szeptali do uszu niezadowolonych, karmili ich ambicje, podsycali stare urazy. Kiedy uderzyli, moja wataha już nie istniała – pożerała samą siebie od środka. Byłem dzieckiem. Zostawili mnie na pewną śmierć w płonącym domu.

Słuchałam, a zimny węzeł w moim żołądku zaciskał się coraz mocniej. To była ich strategia – nie siła militarna, ale wojna psychologiczna. Zniszczyć zaufanie, a struktura watahy sama się zawali.

– Ostrzegam cię, Rebeko – kontynuował David, patrząc na mnie z desperacją. – Nie próbuj z nimi walczyć w otwartym polu. Użyją przeciwko tobie wszystkiego, co kochasz. Twoja duma, twoja siła, twoja lojalność wobec stada... To wszystko w ich rękach stanie się bronią wymierzoną w ciebie.

Poczułam przypływ zimnej determinacji. On przetrwał. On wiedział. Był kimś więcej niż tylko źródłem informacji. Był świadkiem.

– Oni zabrali ci rodzinę – powiedziałam cicho, ale dobitnie. – Teraz polują na moją. David, pomóż mi.

Patrzył na mnie przez długą chwilę. Widziałam w jego oczach walkę – paraliżujący strach walczył z tlącą się od lat żądzą zemsty. W końcu powoli skinął głową.

– Nie jestem wojownikiem – powiedział. – Ale jestem analitykiem. Przeszukam archiwa, stare policyjne raporty o niewyjaśnionych atakach zwierząt, wszystko, do czego mam dostęp. Znajdę ich schematy. Oni muszą jakieś mieć.

– Dziękuję – odparłam, czując pierwszą od wielu dni iskrę nadziei.

Gdy zbieraliśmy się do wyjścia, David zatrzymał mnie, łapiąc za ramię. Jego twarz była śmiertelnie poważna.

– Jest jeszcze coś. Coś, co musisz wiedzieć. Ci fanatycy żyją według rytuału. Wszystko, co robią, ma znaczenie w ich chorej wierze.

– Co masz na myśli?

– Wierzą, że ich upadła bogini odradza się w mroku. Składają jej największe ofiary podczas nowiu, w najciemniejszą noc miesiąca, kiedy na niebie nie ma prawdziwego księżyca. To wtedy ich moc jest największa.

Poczułam, jak serce podchodzi mi do gardła.

– Kiedy jest następny nów?

David spojrzał mi prosto w oczy, a w jego spojrzeniu nie było już nic prócz grobowego ostrzeżenia.

– Za trzy dni.

She alphaOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz