Przez jedną, ogłuszającą sekundę, świat stanął w miejscu. Dwa dźwięki walczyły o dominację w moich uszach: fałszywy płacz dziecka z lasu i bardzo prawdziwy trzask łamanego drewna z tyłu domu.
Strach był jak paraliżujący lód. Ale furia była jak ogień, który go rozbił.
– To dywersja! – ryknęłam, a mój głos wyrwał wszystkich z transu. – Kuchnia! Max!
Mój zastępca nie potrzebował dalszych rozkazów. Z potwornym rykiem, w pół skoku przechodząc w formę wilka, poprowadził pięciu najlepszych wojowników w głąb korytarza. Ja zostałam, by trzymać hol – ostatni bastion chroniący naszych starców i matki.
– Jake, osłaniaj schody! – warknęłam. Ranny, ale zdeterminowany, podniósł strzelbę i wycelował w mrok na piętrze. Reszta stada utworzyła wokół mnie najeżony kłami i pazurami półokrąg, odwracając się plecami do barykady z mebli, za którą skulili się ci, którzy nie mogli walczyć.
Z korytarza dobiegły nas odgłosy walki. Nie był to ryk wilków walczących o terytorium. To był koszmar. Dźwięk metalu tnącego ciało, głuchy odgłos łamanych kości i krótkie, zduszone skowyczenia bólu. Moi ludzie walczyli z czymś, co nie walczyło jak wilki. Walczyli z czymś, co walczyło, by zabijać.
Fałszywy płacz dziecka na zewnątrz nie ustawał, stając się makabryczną ścieżką dźwiękową do rzezi w moim własnym domu
– Alfo! – krzyk Maksa był pełen furii i... strachu. – Oni są opancerzeni!
W tym samym momencie, jakby na dany sygnał, stały się trzy rzeczy naraz.
Z korytarza wytoczył się jeden z moich wojowników. Próbował wstać, ale upadł na twarz. Z jego pleców sterczał czarny, gruby bełt, który musiał przebić go na wylot.
Zupełnie bezgłośnie, z ciemności na szczycie schodów, zeskoczyły dwie postacie. Nie byli to wilkołacy. Byli smukli, szybcy i ubrani w czarne, przylegające kombinezony. Wylądowali jak koty, a w ich dłoniach błysnęły długie, zakrzywione noże. Jake wystrzelił, a huk strzelby ogłuszył nas wszystkich. Jeden z napastników padł, ale drugi, z nieludzką zwinnością, rzucił się prosto na niego, ignorując kule.
I wtedy, z ogłuszającym hukiem pękającego szkła, wszystkie zabite deskami okna w salonie eksplodowały do wewnątrz. Deski nie zostały wyłamane – zostały wysadzone z taką siłą, jakby uderzył w nie taran.
Przez ostre jak brzytwy odłamki szkła i drzazg do środka wlała się fala kundli. Było ich tuzin, może więcej. Ich oczy płonęły nienaturalną, fanatyczną czerwienią. To nie byli wojownicy jak ci na schodach. To było mięso armatnie. Szalona, ślepa fala furii rzuciła się na naszą linię obrony.
Chaos stał się absolutny.
Rzuciłam się w wir walki, a mój ryk był obietnicą śmierci. Moje pazury rozrywały gardła, a kły miażdżyły kości. Obok mnie reszta moich wilków walczyła z desperacją skazańców. Ale za każdego kundla, który padał, pojawiał się kolejny. Byliśmy zalewani.
Jake leżał na ziemi, walcząc na noże z szybkim jak wąż zabójcą, a jego strzelba leżała bezużytecznie obok.
Max i jego ludzie byli odcięci, walcząc w korytarzu z drugą, bardziej elitarną grupą.
Wtedy, w samym środku tego piekła, zdałam sobie sprawę z przerażającej prawdy. To wciąż była dywersja.
Zatrzymałam się na ułamek sekundy, strząsając z futra krew. Mój wzrok powędrował ku barykadzie z mebli. Jeden z kundli nie atakował nas. Przeskoczył nad przewróconą sofą i biegł prosto w stronę skulonych za nią ludzi.
Jego celem nie był nikt z dorosłych. Jego celem był Simon.
Matka chłopca rzuciła się na napastnika, wbijając mu paznokcie w oczy, ale ten odrzucił ją na bok jednym potężnym uderzeniem. Kundel uniósł pazurzastą łapę, by uderzyć w dziecko.
– NIE! – mój krzyk był nienawistny.
Ale byłam za daleko. Max był za daleko. Jake był przygnieciony.
Nikt nie mógł go uratować.
Nagle, tuż przed tym, jak pazury kundla dosięgły twarzy chłopca, coś uderzyło go z boku z siłą pędzącej ciężarówki.
To nie był nikt z moich ludzi. Z mroku, który do tej pory skrywał wejście do piwnicy, wypadł masywny, szary wilk. Nie widziałam go nigdy wcześniej. Był ogromny, pokryty bliznami, a w jego oczach płonął zimny, błękitny ogień.
Wylądował na kundlu, miażdżąc mu klatkę piersiową jednym uderzeniem łap. Potem uniósł łeb, spojrzał prosto na mnie przez chaos walczącego salonu i warknął.
To nie był sojusznik. To był Erick.
CZYTASZ
She alpha
LosoweWiecie jak to jest być tą inną. Inni na moim miejscu by się cieszyli,a ja zamiast tego uciekłam od obowiązków, które zdobyłam. A teraz muszę wracać z powrotem do miejsca, w którym się wychowała. Okładka mojego autorstwa.
