31

5 0 0
                                        


Ericks.

To imię odbiło się echem w mojej głowie, ale nie miałam czasu na analizowanie, dlaczego alfa, który jeszcze niedawno chciał mnie rozszarpać, teraz ratował życie członkowi mojego stada. W tej chwili liczyło się tylko to, że nie był wrogiem. A przynajmniej nie był wrogiem dzisiaj.

Zaryczał ponownie, a dźwięk ten był głębszy i bardziej brutalny niż cokolwiek, co słyszałam do tej pory. To był sygnał. Z mroku piwnicy, za jego plecami, wypadły kolejne trzy wilki. Nie należały do mnie. Były to potężne, zaprawione w bojach bestie o barwach brązu i szarości – elita watahy Ericksa.

Rzucili się w wir walki z taką furią, że linia ataku Paktu Cienia załamała się niemal natychmiast. Kundle, które jeszcze przed chwilą wydawały się niepowstrzymaną falą, teraz piszczały z przerażenia, gdy zostały zaatakowane od tyłu.

– Kontratak! – krzyknęłam, czując, jak nowa fala sił wstępuje w moje zmęczone mięśnie. – Zepchnąć ich

Max, słysząc zamieszanie i widząc posiłki, zdołał przebić się przez korytarz. Razem ze swoimi ludźmi naparł na czarnych zabójców na schodach. Ci, widząc, że stracili element zaskoczenia i przewagę liczebną, zrobili coś, czego się nie spodziewałam. Nie wpadli w panikę.
Jeden z nich, ten walczący z Jakiem, gwizdnął krótko, ostro. To był rozkaz.

Zabójcy w czarnych strojach synchronicznie odskoczyli do tyłu. Z ich rąk posypały się małe, metalowe kulki, które uderzając o podłogę, eksplodowały gęstym, gryzącym dymem.

– Nie gonić ich! – ryknęłam, widząc, że Ericks szykuje się do skoku w dym. – To pułapka! Zostać na pozycjach!

Dym wypełnił salon, a my słyszeliśmy tylko dźwięk tłuczonego szkła, gdy resztki oddziału Paktu wyskakiwały przez okna, uciekając w mrok nocy. Kundle, które nie zdążyły uciec, zostały bezlitośnie wykończone przez wilki Ericksa.
Gdy dym powoli opadł, w salonie zapanowała cisza, przerywana jedynie ciężkimi oddechami i cichym płaczem Simona. Chłopiec wciąż siedział na podłodze, a tuż nad nim, niczym kamienny posąg, stał ogromny szary wilk – Ericks. Jego pysk ociekał krwią, która nie należała do niego.
Powoli, ostrożnie, podeszłam do nich. Moje stado
obserwowało nas z napięciem. Broń wciąż była wycelowana, pazury wciąż wysunięte. Nikt nie ufał przybyszom.
Ericks spojrzał na mnie. Jego błękitne oczy były zimne, ale nie widziałam w nich szaleństwa, które opętało go w moim gabinecie. Widziałam kalkulację.

Skinęłam mu głową. Był to gest szacunku, na który, ku mojemu zdziwieniu, odpowiedział krótkim warknięciem, po czym cofnął się od dziecka. Jego kości zaczęły trzeszczeć. Przemiana powrotna była szybka i bolesna

Chwilę później na środku mojego zrujnowanego salonu stał nagi, pokryty krwią i pyłem mężczyzna. Nie wyglądał na zawstydzonego. Wyglądał na wściekłego.
Ktoś rzucił mu koc. Owinął się nim niedbale i splunął krwią na podłogę.

– Masz dziurawe zabezpieczenia, Rebeko – powiedział chrapliwym głosem. – Weszliśmy przez stary kanał odpływowy w piwnicy. Gdybyśmy to byli my, a nie oni, twoja wataha już by nie istniała.

– Dlaczego? – zapytałam prosto z mostu, ignorując jego przytyk. Podeszłam bliżej, nie zważając na to, że moi ludzie wciąż warczeli na jego towarzyszy, którzy również powrócili do ludzkich form. – Dlaczego tu jesteś? Dlaczego nam pomogłeś?

Ericks prychnął i rozejrzał się po pobojowisku. Jego wzrok zatrzymał się na martwym ciele zabójcy w czarnym stroju. Podszedł do niego i kopnął go z pogardą.

– Bo miałaś rację – warknął, odwracając się do mnie. – Dwa dni temu te ścierwa zaatakowały moją córkę. Próbowali ją porwać, wmawiając jej, że jej przeznaczeniem jest służyć jakiejś Lunie.

Poczułam ukłucie współczucia, ale szybko je stłumiłam. To nie był czas na emocje.

– Przeżyła?

– Tak – oczy Ericksa pociemniały. – Bo ja tam byłem. Ale zrozumiałem, że to nie są zwykłe ataki. To wojna. A kiedy mój zwiadowca doniósł mi, że wokół twojego domu gromadzą się kundle... – wzruszył ramionami. – Uznałem, że wolę walczyć u boku kogoś, kto potrafi mnie powalić na ziemię, niż czekać, aż przyjdą po mnie.

– Uratowałeś Simona – powiedział cicho Jake, kuśtykając w naszą stronę. Jego ramię krwawiło, ale stał prosto.

Ericks spojrzał na chłopca, który teraz tulił się do matki.

– Nie znoszę, gdy dzieci są wciągane w nieswoje wojny. Poza tym... – spojrzał na mnie z krzywym uśmiechem. – Jesteś mi winna nowe biurko. Teraz jesteśmy kwita.

Atmosfera w pomieszczeniu nieco zelżała, choć napięcie wciąż wisiało w powietrzu. Wiedziałam, że to nie jest koniec. To był dopiero początek nocy.

– Max – zwróciłam się do zastępcy. – Zabierz rannych do kuchni. Zabezpieczcie okna czymkolwiek, co zostało. Oni wrócą. To był tylko zwiad bojem. Chcieli sprawdzić naszą siłę.

– Nie wrócą dzisiaj – przerwał mi Ericks. – Mój oddział wybił ich czujki w lesie, zanim tu weszliśmy. Stracili element zaskoczenia i stracili przewagę liczebną. Dzieci Upadłej Luny to fanatycy, ale nie samobójcy. Wycofają się, żeby przegrupować.

– Skąd tyle o nich wiesz? – zapytałam podejrzliwie.
Ericks podszedł do mnie, a jego twarz stała się śmiertelnie poważna

– Bo znalazłem przy jednym z nich to.

Wyciągnął rękę. Na jego brudnej dłoni leżał mały, srebrny medalion. Był na nim wygrawerowany ten sam symbol, który widzieliśmy w dzienniku. Półksiężyc. Ale było tam coś jeszcze. Inskrypcja na odwrocie.
Wzięłam przedmiot do ręki. Metal był zimny. Przeczytałam słowa wyryte drobnym drukiem i poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy.

„Tam, gdzie upadł pierwszy, powstanie ostatnia. Ruiny są kluczem."

– Wrzosowiska – szepnęłam, patrząc na Jake'a i Maksa. – Ruiny klasztoru. To nie jest tylko miejsce ich spotkań.

– To jest ich baza – dokończył za mnie Ericks. – I jeśli chcemy ich powstrzymać, musimy przestać się bronić. Musimy tam pójść i spalić to gniazdo, zanim wzejdzie słońce.

Spojrzałam na moich zmęczonych, rannych ludzi. Potem na Ericksa i jego świeżych, żądnych krwi wojowników. Sojusz, o który walczyłam, właśnie narodził się w ogniu i krwi, w moim zniszczonym salonie.

– Zatem idziemy na wojnę – powiedziałam, zaciskając dłoń na medalionie. – Max, przygotuj wszystkich, którzy mogą chodzić. Ericks...

Spojrzałam mu w oczy.

– Prowadź.

She alphaOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz