30

2 0 0
                                        


Widok Ericka – mojego największego rywala, alfy, który poprzysiągł mnie zniszczyć – ratującego życie dziecka z mojej watahy, był tak surrealistyczny, że przez ułamek sekundy mój mózg odmówił posłuszeństwa. Ale instynkt przetrwania działał szybciej niż logika.

Szary olbrzym nie zatrzymał się. Po zmiażdżeniu pierwszego napastnika rzucił się w wir walki z prędkością i brutalnością, jakiej nigdy wcześniej nie widziałam. Nie walczył jak wilk broniący terytorium. Walczył jak kat. Każdy jego ruch był obliczony na natychmiastową eliminację. Kły w gardło, łapa łamiąca kręgosłup, ciało użyte jako taran.

Jego obecność w salonie zmieniła układ sił. Kundle, które jeszcze przed chwilą zalewały nas falą, teraz cofały się w panice przed tą maszyną do zabijania.

– Do ataku! – ryknęłam, odzyskując głos. – Teraz!

Moja wataha, widząc, że nowo przybyły nie atakuje ich, lecz wroga, rzuciła się do przodu z nową nadzieją. Ja dopadłam do Jake'a. Leżał pod ścianą, krwawiąc z boku, ale żył. Zwinny zabójca, który go atakował, teraz musiał zmierzyć się ze mną.
Warknęłam, unikając ciosu jego zakrzywionego noża, i wbiłam kły w jego przedramię. Usłyszałam trzask kości i krzyk, który szybko ucięłam jednym, czystym cięciem pazurów przez tętnicę.

W tym samym czasie Max i jego oddział przebili się przez korytarz, dołączając do nas w salonie. Byli ranni, pokryci krwią własną i cudzą, ale stali na nogach. Max zamarł na widok szarego wilka, który właśnie rozrywał gardło ostatniemu z kundli przy kominku.

– Erick? – wycharczał Max, nie opuszczając gardy.
W salonie zapadła nagła, ciężka cisza, przerywana tylko jękami rannych i ciężkim oddechem walczących. Wszyscy wrogowie w pomieszczeniu byli martwi. Ale wiedziałam, że to nie koniec. To była tylko forpoczta.

Szary wilk potrząsnął łbem, strzepując krew z futra, i spojrzał na mnie swoimi lodowatymi, błękitnymi oczami. W jego spojrzeniu nie było triumfu, tylko zimna kalkulacja. A potem, na oczach całego mojego stada, zaczął się przemieniać.
Chwilę później stał pośrodku zrujnowanego salonu w ludzkiej postaci, nagi od pasa w górę, nie licząc krwi i pyłu. Jego ciało było mapą blizn. Podniósł z podłogi porzuconą przez kogoś marynarkę i narzucił ją na ramiona z nonszalancją, jakby właśnie wychodził z nudnego spotkania biznesowego, a nie z rzezi.

– Masz nieszczelną piwnicę, Rebeko – powiedział chłodno, przeczesując ręką brudne włosy. – Stary tunel wentylacyjny. Wiedziałem, że o nim zapomnisz.

– Co ty tu robisz? – zapytałam, podchodząc do niego. Moje dłonie wciąż były zmienione w pazury, gotowe do ataku. – Śledziłeś nas?

Erick prychnął pogardliwie.

– Śledziłem ich. – Wskazał brodą na trupy w czarnych strojach. – Dzieci Luny. Poluję na ten konkretny oddział od dwóch tygodni. Wiedziałem, że uderzą tutaj. Jesteś dla nich idealnym celem. Słaba, niedoświadczona alfa z kompleksem bohatera.

Max warknął, robiąc krok do przodu, ale powstrzymałam go gestem.

– Uratowałeś Simona – zauważyłam cicho, ignorując obelgę.

– Uratowałem potencjał – odparł beznamiętnie. – Młode wilki są cenne. Poza tym... – jego wzrok stwardniał – nienawidzę tych fanatyków bardziej niż ciebie. A to, wierz mi, spore osiągnięcie.

Nagle z zewnątrz dobiegł nas dźwięk, który sprawił, że krew zastygła mi w żyłach. Było to synchroniczne uderzenie w bębny. Głęboki, rytmiczny dudnienie, które zdawało się wychodzić z samej ziemi.

Erick natychmiast spoważniał. Jego arogancja zniknęła, zastąpiona przez skupienie żołnierza.

– To był tylko zwiad – powiedział szybko. – Testowali twoją obronę. Teraz wiedzą, że jesteś w środku i że żyjesz. Zaraz podpalą dom.

– Co? – Jake, podtrzymywany przez matkę Simona, spojrzał na niego z przerażeniem.

– To ich modus operandi – wyjaśnił Erick, podchodząc do zabitego deskami okna i zerkając przez szparę. – Oczyszczenie przez ogień. Nie wejdą tu znowu. Otoczą budynek i spalą was żywcem. Macie może pięć minut, zanim wrzucą pierwsze pochodnie.

Spojrzałam na moją watahę. Ranni, wyczerpani, przerażeni. Nie przetrwają ucieczki przez otwarte pole, gdzie czekają łucznicy i kolejna fala kundli.

– Nie mamy dokąd uciec – powiedziałam, czując, jak ogarnia mnie rozpacz.

– Wy nie – przyznał Erick, odwracając się do mnie. – Ale ja znam drogę. Moje samochody czekają pół mili stąd, ukryte przy starej drodze leśnej. Mogę was wyprowadzić.

– Dlaczego miałbyś to robić? – zapytał Max podejrzliwie. – Co z tego masz?

Erick uśmiechnął się, ale był to uśmiech wilka, który właśnie zagonił ofiarę w kozi róg.

– Dług, Max. Potężny dług. Jeśli was wyprowadzę, twoja alfa będzie mi winna życie całego swojego stada. A ja zawsze ściągam długi.

Spojrzałam na niego. Wiedziałam, że to pakt z diabłem. Wiedziałam, że Erick wykorzysta to przeciwko mnie w przyszłości. Ale potem spojrzałam na małego Simona, który wciąż dygotał ze strachu, i na Jake'a, który ledwo stał na nogach.

Nie miałam wyboru.

– Zgoda – powiedziałam twardo. – Wyprowadź nas.

Erick skinął głową, jakby spodziewał się takiej odpowiedzi.

– Piwnica. Tunel, którym wszedłem. Jest wąski, ale prowadzi poza ich pierścień okrążenia. Ruszamy. Teraz. Kto zostaje w tyle, ten ginie.

Gdy zbiegaliśmy do piwnicy, usłyszałam pierwszy brzęk tłuczonego szkła na piętrze i syk rozprzestrzeniającego się ognia. Mój dom, dziedzictwo moich przodków, twierdza, którą tak desperacko próbowałam obronić, zaczynała płonąć.
Ale my wciąż żyliśmy. I dopóki żyliśmy, wojna się nie skończyła. Zostawiłam za sobą płonące ruiny mojego życia i weszłam w ciemność tunelu, podążając za moim największym wrogiem.

She alphaOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz