Gęsta cisza, która zawisła w gabinecie, była cięższa niż groźba w moim głosie. Sześciu przywódców wpatrywało się we mnie, a potem w upokorzonego Ericksa, który wciąż klęczał na podłodze. Czekałam, dając im czas na przetrawienie tego, co się stało. Wiedziałam, że nikt nie odważy się na otwarty sprzeciw.
Pierwszy odezwał się ten, którego terytorium graniczyło z moim. Przełknął nerwowo ślinę, a jego oczy, gdy na mnie spojrzał, były pełne respektu.
– Alfa Rebeka ma rację. Problem kundli dotyczy nas wszystkich. Moja wataha przyłącza się do polowania.
Jego słowa podziałały jak kamyk rzucony w spokojną wodę. Po chwili pozostali przywódcy, jeden po drugim, zaczęli potakiwać i mamrotać słowa zgody. Nikt nie patrzył już na mnie z drwiną. Strach był potężnym motywatorem.
Spojrzałam na Ericksa.
– A ty? – zapytałam chłodno. – Wstyd, który przyniosłeś sobie i swojej watasze, to jedno. Ale zniszczyłeś mi biurko, Rachunek przyjdzie pocztą. Możesz się ubrać i dołączyć do dyskusji albo zniknąć mi z oczu. Wybór należy do ciebie.
Nie odpowiedział. Podniósł się chwiejnie, zebrał swoje ubrania i z pochyloną głową opuścił gabinet. Zatrzasnął za sobą drzwi, a odgłos ten był jak ostateczne przypieczętowanie mojej dominacji.
W tym samym momencie drzwi do gabinetu otworzyły się z hukiem i do środka wpadł Max, a tuż za nim Jake. Obaj byli w połowie przemienieni, z wyostrzonymi zębami i czujnością w oczach, gotowi do walki. Zatrzymali się gwałtownie, widząc mnie stojącą spokojnie za biurkiem i sześciu bladych jak ściana alfów.
– Wszystko w porządku? – warknął Max, lustrując przywódców wzrokiem.
– Teraz już tak – odparłam spokojnie, dając im znak, by wrócili do ludzkiej postaci. – Panowie mieli odmienne zdanie na temat współpracy, ale doszliśmy do konsensusu. Max – zwróciłam się do mojego zastępcy – od jutra będziesz koordynował wspólne patrole ze wszystkimi tutaj obecnymi watahami. Jake, ty zajmiesz się stworzeniem kanału komunikacji między nami. Macie być w stałym kontakcie.
Następnie zwróciłam się z powrotem do gości.
– Część biznesowa spotkania dobiegła końca. A ponieważ moi ludzie przerwali nam, zanim zdążyłam was zaprosić, mam nadzieję, że macie jeszcze apetyt. Szarlotka, którą upiekłam rano, czeka w jadalni, Chodźmy.
Moje słowa zabrzmiały jak rozkaz. Bez słowa sprzeciwu, jak potulne owieczki, ruszyli za mną korytarzem do jadalni, Usiedli przy wielkim stole, a ja wraz z Jakiem zaczęłam serwować kawę i ciasto. Napięcie powoli opadało, zastępowane przez rzeczową rozmowę o granicach terytoriów i siłach, jakimi dysponują. Strach ustąpił miejsca pragmatyzmowi.
Gdy spotkanie dobiegło końca i ostatni samochód opuścił moją posesję, stałam przez chwilę w salonie, patrząc na las za oknem. Zjednoczenie ich siłą było koniecznością. Było łatwiejszą częścią zadania. Teraz zaczynała się prawdziwa wojna. I to ja musiałam ją poprowadzić.
CZYTASZ
She alpha
LosoweWiecie jak to jest być tą inną. Inni na moim miejscu by się cieszyli,a ja zamiast tego uciekłam od obowiązków, które zdobyłam. A teraz muszę wracać z powrotem do miejsca, w którym się wychowała. Okładka mojego autorstwa.
