Droga powrotna była podróżą przez obcy kraj. Wieżowce, światła i rzeki samochodów, które jeszcze kilka dni temu były scenerią mojego drugiego życia, teraz wydawały się kruche i iluzoryczne. Były fasadą, za którą toczyła się prawdziwa, pierwotna wojna – wojna o duszę mojej rasy. Słowa Davida odbijały się echem w mojej głowie: Lunae, nawracanie, idealna równowaga.
Zrozumiałam, że konflikt, w którym się znalazłam, był o wiele bardziej skomplikowany. To nie była kwestia siły fizycznej. Prima Luna nie chciała mnie zabić. Chciała mnie pochłonąć. Moje dwa światy – modelki i alfy – które zawsze starałam się trzymać osobno, nagle stały się jednym polem bitwy. Czy były moją siłą, jak sugerowały legendy Davida? Czy może pęknięciem w mojej duszy, które biała wilczyca z łatwością wykorzysta?
Wjechałam na teren posiadłości, gdzie podwojone straże przywitały mnie czujnymi spojrzeniami. Atmosfera była napięta, ale stabilna. Moi ludzie trzymali się zasad. Strach został przekuty w dyscyplinę.
Nie tracąc czasu, zwołałam Maksa i Jake'a do biblioteki. Zamknęłam ciężkie, dębowe drzwi, odcinając nas od reszty stada. Wiedziałam, że informacja, którą miałam im przekazać, nie mogła wyjść poza te cztery ściany.
Opowiedziałam im wszystko. O kulcie Lunae, ich matriarchalnej ideologii, o świętej linii białych wilków i o ich najgroźniejszej broni – zdolności do łamania woli i nawracania wilkołaków. Obserwowałam ich twarze, gdy mówiłam.
Max, mój pragmatyczny wojownik, zbladł. Oparł się ciężko o regał z książkami, a jego umysł natychmiast przeliczył taktyczne implikacje.
– Nawracanie – powiedział głucho. – To znaczy, że wróg może być wszędzie. Każdy z alfów, z którymi zawarliśmy sojusz. Każdy członek ich watah. Cholera, nawet każdy z naszych ludzi, jeśli zostanie sam... To koszmar. Nie możemy ufać nikomu.
Jake zareagował inaczej. Jego troska skupiła się na mnie. Gdy wspomniałam o ostatnim ostrzeżeniu Davida – że Prima Luna poluje na moją duszę – jego oczy pociemniały z wściekłości i strachu.
– Więc o to jej chodziło na Wrzosowiskach – warknął. – To nie było wyzwanie do walki. To była prezentacja. Chciała ci pokazać, co potrafi, i zasiać w tobie strach.
– I udało jej się – przyznałam cicho, co sprawiło, że obaj spojrzeli na mnie z zaskoczeniem. – Bo to zmienia wszystko. Nasz trening fizyczny to za mało. Wróg nie będzie próbował wyłamać naszej bramy. Będzie szeptał do naszych ludzi przez szpary w murach, aż sami ją otworzą. Naszą najsilniejszą obroną musi stać się lojalność. Zaufanie. Więź, która łączy to stado.
Wiedziałam już, co musimy zrobić. Nasza strategia musiała ewoluować.
– Mamy nowy cel – ogłosiłam. – Musimy odnaleźć miejsce zwane „Srebrną Kolebką". To nasz jedyny trop. Jake, przeszukasz wszystkie nasze archiwa pod kątem tej nazwy. Legendy, mity, bajki dla dzieci, cokolwiek. Max, zmieniasz program treningowy. Oprócz walki, będziesz ćwiczył z nimi odporność psychiczną. Muszą nauczyć się panować nad strachem i polegać na sobie nawzajem bez wahania.
– A co z sojuszem? – spytał Max. – Powiemy im prawdę?
– Nie – odparłam stanowczo. – Prawda by ich zniszczyła. Wywołałaby paranoję i polowanie na czarownice. Sojusz rozpadłby się w ciągu godziny. Powiem im tylko, że wróg jest dowodzony przez potężną alfę i jest bardziej zorganizowany, niż sądziliśmy. Muszą pozostać zjednoczeni, nawet jeśli to ja będę musiała pociągać za sznurki.
Późnym wieczorem, gdy Max poszedł wdrażać nowe rozkazy, zostałam w bibliotece sama z Jakiem. Podszedł do mnie i położył mi dłoń na ramieniu.
– Dasz radę, Rebeko.
Spojrzałam na niego, po raz pierwszy od tygodni pozwalając sobie na moment słabości.
– A co, jeśli nie? – szepnęłam. – Co, jeśli nie mam tej „idealnej równowagi"? Co, jeśli jestem zbyt ludzka? Albo zbyt dzika? Co, jeśli ona znajdzie we mnie pęknięcie i... złamie mnie? Nie boję się śmierci, Jake. Boję się, że spojrzę kiedyś w lustro i zobaczę w nim jej oczy.
W tej samej chwili drzwi biblioteki otworzyły się z hukiem. Wpadł przez nie jeden ze strażników, blady jak ściana.
– Alfo... musicie to zobaczyć. Na granicy.
Pobiegliśmy za nim. Na skraju lasu, dokładnie w miejscu, gdzie Pakt Cienia przerwał pościg, czekała na nas wiadomość.
To nie był list. To nie było ciało.
Na ziemi leżał jeden z dwóch wilków porwanych z ruin. Żywy. Klęczał w błocie, kołysząc się w przód i w tył, z pustymi, niewidzącymi oczyma. Z jego ust wydobywał się jeden, powtarzany w nieskończoność szept, niczym zepsuta modlitwa.
– Księżyc wzywa... Księżyc wzywa... Księżyc wzywa...
Obok niego leżał starannie złożony strój bojowy drugiego wilka. A na nim, niczym wisienka na torcie, leżał pojedynczy, długi, śnieżnobiały włos.
Wiadomość była prosta i bardziej przerażająca niż jakakolwiek groźba śmierci.
„Jednego wzięłam. Drugiego ci oddaję. Zobacz, co potrafię. Już niedługo przyjdę po ciebie."
CZYTASZ
She alpha
LosoweWiecie jak to jest być tą inną. Inni na moim miejscu by się cieszyli,a ja zamiast tego uciekłam od obowiązków, które zdobyłam. A teraz muszę wracać z powrotem do miejsca, w którym się wychowała. Okładka mojego autorstwa.
