Cienie nie były tylko mrokiem. Były zimnem. Absolutnym, paraliżującym zimnem, które przenikało przez futro prosto do kości. Kiedy te istoty rzuciły się na nas, nie usłyszeliśmy szczęku kłów ani uderzeń ciał. Usłyszeliśmy tylko syk, jakby woda parowała na rozgrzanym kamieniu.
Zrobiłam unik, gdy jeden z cienistych wilków kłapnął szczęką tuż przy moim gardle. Moje pazury przejechały przez jego bok, ale zamiast rozerwać ciało, napotkały jedynie gęstą mgłę. Istota zafalowała, ale nie upadła. Zamiast tego jej oczy
– dwie puste dziury w mroku – rozbłysły fioletem, a łapa uderzyła mnie w bok z siłą tarana.
Poleciałam na zniszczony mur, czując, jak żebra trzeszczą pod naciskiem.
– Nie da się ich zabić! – krzyknął Max, który wraz ze swoimi ludźmi został zepchnięty pod ścianę dawnej kaplicy. Widziałam strach w oczach moich wojowników. Walczyli z czymś, czego nie rozumieli. Z czymś, co łamało prawa natury.
Luna, w swojej gigantycznej, białej formie, stała pośrodku tego chaosu, karmiąc się naszą paniką. Cienie wypływały z pęknięć w ziemi pod jej łapami, rosnąc w siłę z każdą kroplą krwi przelaną na dziedzińcu.
– Wasze kły są bezużyteczne! – jej głos wibrował w mojej czaszce. – To jest moc Paktu Cienia. Jesteście tylko mięsem dla moich dzieci.
Ericks walczył jak szalony. Jego ogromna, szara sylwetka była wirem furii. Nie próbował gryźć cieni. Zamiast tego używał ciał kultystów – żywych tarcz – ciskając nimi w mroczne bestie. To spowalniało demony, ale ich nie zatrzymywało.
Musiałam coś zrobić. Musiałam znaleźć sposób. Mój wzrok padł na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stała Luna w ludzkiej postaci. Na kamieniach, tuż przy krawędzi pęknięcia, z którego wydobywał się mrok, leżał obsydianowy sztylet.
Czarne ostrze pulsowało słabym, fioletowym światłem, rezonując z energią Luny. To on był kluczem. To on otworzył bramę. I to on musiał ją zamknąć.
– Ericks! – wrzasnęłam, przekrzykując bitewny zgiełk. – Nóż! Muszę dostać się do noża!
Szary wilk spojrzał na mnie, a potem na broń leżącą w centrum piekła. Zrozumiał natychmiast.
Wydając z siebie ryk, który na chwilę zagłuszył nawet syk demonów, rzucił się w sam środek grupy cieni, która oddzielała mnie od ołtarza. To było samobójstwo. Ale to było też poświęcenie.
Jego atak odciągnął uwagę bestii. Droga była wolna przez ułamek sekundy.
Nie wahałam się. Spięłam mięśnie i wystrzeliłam do przodu. Czułam, jak lodowate pazury cieni drapią moje tylne łapy, próbując mnie zatrzymać, ale pęd był silniejszy.
Dopadłam do sztyletu. Kiedy chwyciłam rękojeść w pysk – bo w wilczej formie nie miałam rąk – poczułam, jak prąd przepływa przez moje ciało. To nie był ból. To była moc. Obca, dzika, ale potężna.
Luna zorientowała się, co robię. Jej biały łeb obrócił się gwałtownie w moją stronę. W jej oczach po raz pierwszy zobaczyłam coś innego niż arogancję. Zobaczyłam lęk.
– Nie waż się! – zagrzmiała w mojej głowie.
Rzuciła się na mnie, chcąc mnie zmiażdżyć, zanim zdążę użyć jej własnej broni przeciwko niej. Była ogromna, szybka i zabójcza. Nie miałam szans w bezpośrednim starciu z taką bestią.
Ale nie zamierzałam z nią walczyć.
Zamiast zrobić unik, skoczyłam prosto w stronę pęknięcia w ziemi – źródła cieni.
W locie wyplułam sztylet, celując prosto w serce czarnej mgły.
Obsydianowe ostrze wpadło w szczelinę.
Nastąpiła cisza. Absolutna, nienaturalna cisza, która trwała uderzenie serca.
A potem ziemia pod nami eksplodowała światłem.
Nie był to ogień, lecz fala uderzeniowa czystej energii. Pęknięcie zamknęło się z trzaskiem przypominającym uderzenie pioruna. Cienie, które dusiły moich przyjaciół, wrzasnęły – dźwięk ten przypominał darcie metalu – i rozwiały się w nicość, jak dym na wietrze.
Siła wybuchu odrzuciła mnie i Lunę w przeciwne strony. Uderzyłam o kolumnę, czując, jak powietrze ucieka z moich płuc. Przez chwilę widziałam tylko mroczki przed oczami.
Gdy wzrok mi wrócił, zobaczyłam, że bitwa się zmieniła. Demonów już nie było. Zostali tylko kultyści – teraz przerażeni, pozbawieni nadprzyrodzonego wsparcia – i my. Wściekłe, żądne zemsty wilki.
Luna podnosiła się z gruzów pod ołtarzem. Jej białe futro było poszarzałe od pyłu, a na boku widniała brzydka, krwawiąca rana – cena za przerwanie rytuału.
Jej magiczna osłona zniknęła. Była teraz tylko wilkiem. Potężnym, ale śmiertelnym.
Zawyłam. Tym razem był to ryk triumfu.
Moi ludzie, widząc, że koszmar minął, ruszyli do ataku z nową siłą. Max i Jake dziesiątkowali szeregi kultystów, którzy w panice rzucali broń i próbowali uciekać.
Ale ja miałam oczy tylko dla niej.
Ericks, kulejąc i krwawiąc z licznych ran, stanął po mojej lewej stronie.
– Jest twoja – warknął cicho.
Miał rację. To był mój dom. Moja wataha. Moja walka.
Zaczęłam iść w stronę białej wilczycy. Ona nie uciekała. Wiedziała, że nie ma dokąd. Obnażyła kły, gotowa do ostatniego tańca.
– Myślisz, że wygrałaś, kundlu? – syknęła, choć jej głos w mojej głowie był teraz słabszy. – Zniszczyłaś tylko ołtarz. Idei nie zabijesz.
– Patrz na mnie – odpowiedziałam, przyspieszając kroku. – I zobacz, jak idea krwawi.
Skoczyłyśmy na siebie w tym samym momencie.
CZYTASZ
She alpha
LosoweWiecie jak to jest być tą inną. Inni na moim miejscu by się cieszyli,a ja zamiast tego uciekłam od obowiązków, które zdobyłam. A teraz muszę wracać z powrotem do miejsca, w którym się wychowała. Okładka mojego autorstwa.
