Staliśmy w milczeniu, wpatrzeni w złowrogi symbol wyryty w korze starego dębu. W naszych wilczych umysłach panowała cisza, ciężka od niedowierzania i rosnącego niepokoju. To ja przerwałam ją jako pierwsza, wysyłając do reszty mojej małej grupy mentalny obraz połączony z uczuciem zagrożenia.
„To nie jest przypadek" – przekazałam im. „To jest terytorium oznaczone przez wroga. Zorganizowanego wroga".
Max, który w swojej wilczej formie był masywnym, szarym samcem, prychnął cicho. „To tylko bazgroły na drzewie, alfo. Może jakiś młody kundel chciał się popisać".
„Nie" – warknął Jake, stając bliżej mnie. Jego miodowe futro było nastroszone. „Zapach jest stary, ale rzeźbienie jest precyzyjne. Zbyt precyzyjne. Alfa ma rację, to wiadomość".
Wiedziałam, że nie możemy tego tak zostawić. Musiałam pokazać to innym, ale nie mogłam ryzykować, że wieść o zorganizowanym przeciwniku rozsieje panikę wśród pozostałych watah, zanim sama dowiem się czegoś więcej. Ta informacja na razie musiała zostać w naszym kręgu.
„Zostańcie tutaj i pilnujcie" – zarządziłam, po czym odsunęłam się w głąb lasu. Za osłoną gęstych krzewów przemieniłam się z powrotem w człowieka. Moje ubrania były lekko pogniecione, ale nienaruszone. Z kieszeni bojówek wyciągnęłam telefon, wróciłam do drzewa i zrobiłam kilka wyraźnych zdjęć symbolu. Moi towarzysze obserwowali mnie w milczeniu, ich wilcze oczy śledziły każdy mój ruch.
Gdy wróciliśmy do domu, atmosfera była ciężka. Pozostali członkowie watahy wyczuli zmianę w naszym nastroju, ale nikt nie zadawał pytań. Skinieniem głowy przywołałam Maksa i Jake'a do gabinetu, w którym jeszcze kilka godzin temu upokorzyłam Ericksa.
Zamknęłam drzwi i pokazałam im zdjęcie na ekranie telefonu.
– Musimy dowiedzieć się, co to jest – powiedziałam. – Ten dom stoi tu od pokoleń. Moi przodkowie byli alfami tej watahy. Gdzieś w starych księgach lub dziennikach musi być jakaś wzmianka.
Przez następną godzinę przeszukiwaliśmy starą bibliotekę przylegającą do gabinetu. Kurz unosił się w powietrzu, gdy zdejmowaliśmy z półek ciężkie, oprawione w skórę tomy. Większość zawierała zapiski dotyczące finansów, historii terytorium czy genealogii. Max, coraz bardziej sceptyczny, zaczął przeglądać zawartość biurka.
To właśnie on to znalazł. Na samym dnie jednej z szuflad, pod stertą starych map, leżał niewielki, obity czarną skórą dziennik. Nie należał do mojego ojca. Pismo w środku było staroświeckie, a atrament wyblakły. Przewracaliśmy strony ostrożnie, aż w końcu Jake położył palec na jednym z wpisów.
Obok opisu brutalnego ataku na patrol sprzed blisko stu lat, na marginesie narysowany był ten sam symbol: okrąg przecięty trzema pionowymi liniami. Notatka obok była krótka i złowieszcza.
„Znak Paktu Cienia. Znów polują. Nie są samotnikami. Są zarazą, która toczy nas od środka".
Spojrzeliśmy po sobie. Pakt Cienia. Nigdy nie słyszałam tej nazwy. To nie byli zwykli kundle. Mieliśmy do czynienia z czymś starym, zorganizowanym i śmiertelnie niebezpiecznym. A ja właśnie wypowiedziałam im wojnę, nie mając pojęcia, kim tak naprawdę są.
CZYTASZ
She alpha
LosoweWiecie jak to jest być tą inną. Inni na moim miejscu by się cieszyli,a ja zamiast tego uciekłam od obowiązków, które zdobyłam. A teraz muszę wracać z powrotem do miejsca, w którym się wychowała. Okładka mojego autorstwa.
