Powrót był gorszy niż pościg. W lesie, napędzani adrenaliną i strachem, byliśmy walczącą watahą. Teraz, wlokąc się w stronę domu, byliśmy tylko gromadą rannych i pokonanych. Każdy trzask gałązki brzmiał jak krok wroga, każdy powiew wiatru niósł ze sobą echo drwiącego wycia. Rytm naszego marszu wyznaczał nierówny, pełen bólu oddech Jake'a, który opierał się na mnie, zostawiając za sobą nieliczne, ciemne krople krwi na zeschłych liściach.
Światła posiadłości przywitały nas jak niemi świadkowie naszej klęski. Reszta stada czekała na progu. Nikt nie podbiegł, nikt nie zawołał. Stali w milczeniu, a w ich oczach widziałam, jak ulga ustępuje miejsca przerażeniu, gdy zobaczyli naszą małą, rozbitą armię.
Weszliśmy prosto do głównego salonu, mijając ich bez słowa. Delikatnie ułożyłam Jake'a na sofie, jego twarz była wykrzywiona z bólu. Nie było czasu na wyjaśnienia ani na pocieszenia. Był tylko chłód porażki i nagląca potrzeba działania.
– Wody, bandaży i najsilniejszy środek odkażający, jaki mamy – mój głos przeciął ciszę jak bicz. Dwóch młodszych chłopaków rzuciło się do wykonania polecenia. – Max – zwróciłam się do zastępcy. – Podwój straże na całym obwodzie. Nikt nie opuszcza terenu posesji. Nikt. Od teraz poruszamy się co najmniej w parach. To nie jest już nasz las.
Gdy przyniesiono to, o co prosiłam, uklękłam przy Jake'u. Wszyscy patrzyli, jak gołymi rękami zaczęłam oczyszczać jego ranę. Był to widok brutalny i intymny. Ból mojego przyjaciela był teraz bólem całego stada.
– To moja wina, Rebeko – wyszeptał Jake, gdy polałam ranę piekącym płynem. – Zawiodłem.
– Zawiedliśmy wszyscy – odparłam twardo, nie podnosząc wzroku. – Bo byliśmy ślepi. Myśleliśmy, że polujemy na psy, a weszliśmy do jaskini smoków.
W tej samej chwili mój telefon, leżący na stoliku, zaczął wibrować. Na ekranie wyświetliło się imię alfy, którego ludzie zginęli w ruinach. Gniew był szybszy niż żałoba. Gestem nakazałam wszystkim milczenie i odebrałam, włączając tryb głośnomówiący.
– ...nie żyją! – ryknął głos w słuchawce, bez żadnego powitania. – Moi najlepsi ludzie nie żyją przez ciebie i twoją arogancką wojnę!
Stałam nieruchomo, kończąc zawijać bandaż na nodze Jake'a. Mój spokój zdawał się tylko podsycać jego furię.
– Moi ludzie są ranni – odparłam głosem zimnym jak stal. – I ledwo uszliśmy z życiem. Twoi wojownicy nie zginęli z mojej winy. Zginęli, bo wszyscy daliśmy się zwieść. To nie są kundle, rozumiesz? To jest coś starego i zorganizowanego. Coś, co poluje na nas od pokoleń, podczas gdy my kłóciliśmy się o granice terytoriów.
– Bredzisz! Zginęli, bo posłuchali kobiety, która...
– Gódź się ze stratą – przerwałam mu brutalnie. – A gdy skończysz, zdecyduj, czy ich śmierć pójdzie na marne, czy pomożesz mi spalić tę zarazę do gołej ziemi. Czekając w swojej norze, niczego nie wskórasz. Oni i tak przyjdą.
Rozłączyłam się, nie dając mu szansy na odpowiedź. W salonie panowała grobowa cisza. Strach moich wilków był niemal namacalny.
Później, gdy dom pogrążył się w pozorach normalności, zaszyłam się w bibliotece. Otworzyłam dziennik przodka. Słowa, które wcześniej czytałam, teraz nabrały nowego, krwawego znaczenia. Jego porażka była moją porażką. Jego wróg był moim wrogiem.
Przewracałam strony, szukając czegoś, czegokolwiek, co mógł przeoczyć. I znalazłam. Nie na ukrytej stronie, ale w samej treści. Był to wpis opisujący białą wilczycę. Pismo mojego przodka było tu chaotyczne, pełne skreśleń.
„Porusza się jak duch, jej piękno jest tylko maską, pod którą kryje się otchłań. Wrogowie nazywają ją tytułem, szeptanym z lękiem. To imię, którego nie śmiem zapisać, by nie dać jej władzy nad sobą. Jest jak księżyc – piękna, zimna i niosąca szaleństwo."
Zdanie było przekreślone, jakby autor uznał je za zbyt poetyckie, zbyt nacechowane emocjami. Ale tuż obok, na marginesie, jego ręka, zapewne drżąca, narysowała jeden, mały symbol. Znak, który wyjaśniał wszystko i nic zarazem.
Półksiężyc. ☽.
Nie imię. Tytuł. Symbol. Znak rozpoznawczy przywódczyni Paktu Cienia. Cel stał się jasny. Miałam zapolować na księżyc.
CZYTASZ
She alpha
LosoweWiecie jak to jest być tą inną. Inni na moim miejscu by się cieszyli,a ja zamiast tego uciekłam od obowiązków, które zdobyłam. A teraz muszę wracać z powrotem do miejsca, w którym się wychowała. Okładka mojego autorstwa.
