U... cz.4

435 44 9
                                        


Obmacałem obolały nos

Ups! Ten obraz nie jest zgodny z naszymi wytycznymi. Aby kontynuować, spróbuj go usunąć lub użyć innego.

Obmacałem obolały nos. Był spuchnięty, ale chyba nie złamany, więc nie było najgorzej. Tegoroczna bitwa nie przyniosła wiele krwi. Jakby z każdym mijającym dziesięcioleciem było w nas coraz mniej zapału, coraz mniej nadziei.

Ja sam skończyłem dziś jedynie z rozbitym nosem, rozciętym łukiem brwiowym i wybitym barkiem. Nic szczególnego, żaden normalny wojownik nie przejąłby się takimi „obrażeniami", ja także się nimi nie przejmowałem. Odrzuciłem z czoła włosy i przewiązałem skórzaną opaską.

– I jak tam? – Do mojej jurty bezceremonialnie wparował Żelazny. Rękę miał na temblaku i wyglądał znacznie gorzej ode mnie.

– Złamana? – zapytałem.

– E, tam. – Machnął nią lekceważąco. – Tylko stłuczony nadgarstek. I sam jestem sobie winien, jakbym założył karwasze... – skrzywił się. – Ale to nic, mam ciekawsze wieści niż gadanie o kilku siniakach. Szamani już się zgromadzili na wielkim placu i są mocno czymś poruszeni.

Uniosłem brwi, zapominając, że jedna jest kontuzjowana i syknąłem, gdy zabolało.

– Zwykle trwało to co najmniej dzień, nim obgadali te wszystkie swoje sny.

– Właśnie dlatego mówię, że ciekawe. Kazali zwołać starszyznę i to jak najprędzej. Od wieków nie widziałem ich tak poruszonych. Zbieraj się przyjacielu. Nie zaczną bez ciebie, ale siedzą tam jak na rozżarzonych metalowych trójnogach.

– No cóż, niechby wieść faktycznie okazała się ważka. Choć obawiam się, że skończy się tak jak z naczyniem.

– No, ale ostatecznie naczynie mamy. Tylko ciągle nie wiemy czym je napełnić.

W ciągu minionych wieków ponieśliśmy tak wiele porażek, że nie umiałem już z siebie wykrzesać zbyt wiele entuzjazmu. Gdzieś głęboko we mnie była jeszcze jakaś nadzieja, ale rozczarowaliśmy się tyle razy, że nie uznałem za słuszne jej w sobie rozbudzać. Sceptycyzm i zwątpienie zbyt głęboko zakorzeniły się już w moim sercu.

Dopiąłem karwasze, do skórzanych pochew umocowanych na pasie z surowej skóry wsunąłem sztylety i przerzuciłem go przez pierś.

– Chodźmy zatem – mruknąłem bardziej do siebie niż do stojącego obok Żelaznego. W jego poznaczonej bliznami twarzy dostrzegłem wyraźną dezaprobatę.

– Przestałeś wierzyć, Bovemie – burknął z przyganą.

– Bo nie mamy już w co wierzyć, druhu.

– Bzdury gadasz. Bzdury. I to jeszcze ci powiem: jesteś księciem Minotaurów i choćby wszyscy zwątpili tobie nie wolno. Rozumiesz?

Prychnąłem tylko z niechęcią, bo cóż znaczyła moja wiara, choćby była wielka jak góry, jak cały świat. Wiara niczego nie przenosi, to tylko stara, bezużyteczna gadka. Chciałem wyminąć towarzysza i wyjść, ale moje zwątpienie musiało być jednak aż nadto widoczne, bo Żelazny zatrzymał mnie. Zacisnął mocarne dłonie na moich ramionach i siłą zwrócił ku sobie.

UkryciOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz